Na początku była krowa

…zrodzona a nie stworzona, współistotna Dinkom, Nuerom i Murle, a przez nią wszystko się stało…

Dinka i Nuer byli braćmi, synami tego samego boga. Pewnego dnia postanowił bóg odarować synów swoich i przyrzekł Nuerowi cielaka, a Dince  starą krowę. Temu ostatniemu nieszczególnie się to spodobało, zakradł się więc w nocy do bożej zagrody i udając głos Nuera wyłudził od boga cielaka. Gdy bóg odkrył rano postępek Dinki, rozgniewał się i przyznał Nuerowi prawo do wykradania krów Dince aż do końca świata.

Siedzę z chłopakami Dinkami i Nuerami pod drzewem i opowiadam im tę historię. Historia to stara, bo nie dość, że mityczna to jeszcze spisana przez E. E. Evans-Pritcharda* jakieś osiemdziesiąt lat temu. Chłopaki Dinka śmieją się, że pierwszy raz słyszą, bo to im bóg pozwolił napadać Nuerów. Tak ogólnie to śmieją się wszyscy, że to historia nieprawdziwa, bo o ile wiedzą, to Biblia o niej nie wspomina. Nieszczególnie mi się ta odpowiedź podoba, bo zamiast jakichś szczegółów czy innych barwnych  opowieści, dostaję efekty chrześcijańskiego kolonializmu. Szybko okazuje się jednak, że wśród współczesnych Nuerów żywa jest inna historia, która bardziej jest zresztą na czasie, jako że dotyczy Nuerów i Murle. Wedle Chola, który mi  ją opowiada, również Nuerowie i Murle żyli kiedyś jak bracia. Żyli zgodnie i szczęśliwie aż do czasu, gdy postanowili zorgnizować walkę byków. W walce tej wygrał byk Nuerów, zorganizowali więc oni z tej okazji małą ucztę. Gdy już spali, Murle przyszli nocą, zabili zwycięskiego byka, zabrali jego mięso i kilka innych krów przy okazji. Od tego czasu bóg pozwolił Nuerom w ramach zadośćuczynienia kraść krowy Murle.

Od czasów Evans-Pritcharda jedno na pewno się nie zmieniło. Krowy były i są symbolem statusu mieszkańców Jonglei. Nie chodzi przy tym o to, żeby było co jeść. Chodzi o to by je mieć. Niezależnie od mitycznych uzasadnień, które każda z grup trzyma w zanadrzu, cattle raiding, jak nazywa się tu porządną wyprawę zbójecką po krowy sąsiada, to niemal codzienna konieczność.  No bo jak na przykład znaleźć sobie żonę, gdy się jest dwudziestoletnim Dinko-Murle-Nuerem z przeciętnie zamożnej rodziny? Aby się ożenić, trzeba dostarczyć rodzinie wybranki co najmniej czterdzieści krów – to przy wariancie wybranki średnio urodziwej i słabo wykształconej. Im piękniejsza i bardziej wykształcona, tym bardziej rycząca liczba rośnie – do stu, a nawet stu pięćdziesięciu. Wartość wysokiej khawaja to nawet dwieście dwadzieścia, choć trudno powiedzieć na ile realne to oferty, bo żadna ze znanych mi dziewcząt khawaja jakoś się nie zdecydowała.  Trzeba nadmienić, że jedna krowa kosztuje od tysiąca do dwóch tysięcy złotych, więc takie małżeństwo to raczej poważna inwestycja, na którą dużej części młodzieńców nie stać. Jeśli mają pecha w postaci starszych braci, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo to oni dostają pomoc od rodziny jako pierwsi. Pomoc, którą zresztą prędzej czy później trzeba spłacić.  Wyprawa po krowy sąsiada staje się więc pokusą trudną do odparcia, mimo że okupioną poważnym ryzykiem. Sąsiedzi bowiem zwykle się bronią, a gdy im się to nie uda, organizują akcję odwetową. Nie chce mi się liczyć statystyk na poważnie, ale na tzw. oko,  z codziennych raportów wynika, że na około trzysta ukradzionych krów przypadają trzy-cztery zgony złodziei lub okradanych. O ile można zdzierżyć utratę kilku krów, o tyle jednorazowa utrata kilkuset i śmierć ludzi staje się sprawą całej społeczności i wymaga pomsty. I tak odwieczna zabawa w „kto pierwszy ukradł krowę” nie ma końca. Nie potrafią go zapewnić wojsko i władze lokalne, bo przecież i oni mają swoje krowy i zobowiązania z nimi związane. Dzielni pracownicy humanitarni orgaznizują zaś kolejne assessmenty i dystrybucje dla poszkodowanych, bo cattle raiding to męska sprawa, w której jak zwykle dostaje się kobietom i dzieciom. Kobiety i dzieci są zresztą dość często przy okazji uprowadzane.

Siedzę z chłopakami Dinkami i Nuerami pod drzewem i nie pierwszy raz dopuszczam myśl, że jedyna nadzieja w tym temacie to krowi armagedon. A gdyby tak zawiał morowy wiatr historii i wybił wszystkie krowy w Sudanie Południowym? Wyschłoby źródło konfliktów, chłopcom łatwiej by było o żony, gospodarka musiałaby się przestawić na rolniczą, byłoby więcej jedzenia… Znacznej części Dinko-Murle-Nuerów święty kosmos zawalił by się na głowę, ale ze zgliszczy powstałby świat piękny i nowy…. Chłopaki słuchają i skrobią się w zafrasowane czoła. Kiwają głowami, że to racja, że tylko kłopot przez te krowy, że nie powinni ludzie kraść i zabijać. Ale co zrobić, jest tak jak zawsze było, będzie tak jak jest.

Krowa za płotem ze spokojem przeżuwa karton po mleku w proszku i wlepia swe tępe oczy w moje. Z pobłażliwą drwiną…? Czy mi się tylko wydaje…

***

* E. E. Evans-Pritchard – brytyjski antropolog, który w latach trzydziestych dwudziestego wieku prowadził wśród Nuerow badania terenowe na zlecenie rządu brytyjskiego, żeby temuż łatwiej było Nuerow kolonizować. Jak przyznaje sam dzielny uczony, Nuerowie nieszczególnie mieli z nim ochotę współpracować i najwiekszą radość czerpali z opowiadania mu nieprawdziwych historii, które potem, gdy już się z niego pośmiali, to prostowali (albo i nie). Spędzone wsród Nuerow łącznie podczas kilku pobytów jedenaście miesięcy pozwoliło Evans-Pritchardowi wyprodukować co najmniej trzy poważne książki i sporą liczbę artykułów.




Komentarze

Popularne posty