Rzecz o (nie) moich smutnych dziwkach
Mam w Gondarze swój bar. A nawet kilka. Zwykle nie więcej niż dwadzieścia metrów kwadratowych, ze dwa stoliki, jakieś sześć krzeseł i nie więcej niż osiem stołków barowych. Na ścianach obowiązkowo lustra. Półmrok rozświetlany psychodelicznymi błyskami wyszczerbionej kuli, powietrze zadymione głośnym ethio-disco. Zamawiam zawsze Georgisa, choć w ramach lokalnego patriotyzmu w Gondarze zwykle pije się Dashen. Butelkę przynosi najczęściej jedna z wystrojonych dziewczyn, rzadziej barman – ten, jeśli już, to koniecznie w białym fartuchu. Butelkę należy przytrzymać, sprawdzić czy piwo jest zimne i skinąć głową na znak, że można je otworzyć. Potem zaczyna się wzajemna obserwacja. Ja patrzę na nich, oni patrzą na mnie, bo farangi w takim barze to rzadkość. Farangi takich barów raczej się boją. Jeśli w ogóle wychodzą nocą, w Gondarze wybierają tzw. kluby tradycyjne, z ethio-folklorem dla turystów. W Addis wybierają nowoczesne kluby nocne przy Bole Road. W Gondarze takich klubów nie ma. Są smutne bary ze smutnymi dziwkami.
Najczęściej stoją przed barem, co chwilę zmieniając się na warcie. Te w środku przyklejają się do zanurzonych półmroku smutnych panów. Przynoszą piwo i zostają przez chwilę sprawdzając, czy panowie są zainteresowani. Oznaką jest zgoda, by pani przyniosła sobie piwo. Dalej rytuał toczy się utartymi ścieżkami. Pan siedzi raczej bez wyrazu, pani pląsa raczej leniwie, po czym w okolicach drugiej butelki pan płaci za spożycie i oboje znikają na zapleczu. Dyskretnie tego zrobić się nie da, ale też nie interesuje to nikogo. W każdym barze, gdzieś po drodze do wątpliwej higieny toalety jest pokój i równie wątpliwe łóżko. Piętnaście, dwadzieścia minut i pan wraca do żony. Pani wychodzi jakieś pięć minut później, podchodzi do lustra i delikatnie poprawia makijaż. Czasem zostaje i już sama sobie zamawia kolejne piwo. Częściej idzie do domu. Zważywszy na liczbę koleżanek, tego wieczoru raczej i tak już nikt inny piwa jej nie postawi.
To wszystko po północy. Przed północą siedzę w barze tylko ja, z rzadka inne nieliczne zjawy. Panie paradują leniwie na pięciometrowym wybiegu od ściany do ściany. Zmieniają się na warcie przy wejściu, zmieniają stołki, poprawiają włosy. Włosy mają piękne, zwykle długie i zadbane, popsute jedynie nie wiadomo po co wpiętym sztucznym kwiatem. Piękne też mają twarze, z resztą już raczej gorzej. Dwadzieścia, najwyżej dwadzieścia pięć lat, przedwczesne samotne matki z dziećmi na wychowaniu u rodziców, opłacające szkoły dla swoich braci i bóg wie co jeszcze. Mówią im, że pracują jako kelnerki. Marzą o lepszym świecie i jeśli nie kochającym, to przynajmniej opiekuńczym facecie. Może wyjadą pewnego dnia do innego miasta, żeby go znaleźć. Na razie zmieniają miejsca w barze.
Czasami wydają się szczęśliwe. Tańczą ze sobą nawzajem, albo same ze sobą. Ten ostatni rytuał uwielbiam. Podchodzą do lustra i tańczą, jakby nic innego nie istniało. Rytmiczna gra bioder i ramion, zmysłowe wygięcia pleców. Magnetyczna energia rurki z klubu go-go zastąpiona hipnotyczną siłą luster. Wyłapuję w nich odbicia samo-bałwochwalczych spojrzeń. Na czas dźwięków jednej piosenki są najpiękniejsze na świecie. Prawdziwe córy królowej Sheby, abisyńskie wybranki bękartów króla Salomona.
W końcu, prędzej czy później, znajduje się ta jedna odważna. Podchodzi
wbijając palce, czasem waginę w moje kolano i domaga się, żeby kupić jej
bira. Uniknąć się tego nie da, bo farangi to zbyt łakomy kąsek, żeby go przepuścić, nieważne, że łysy i z odrobiną nadwagi. Farangi
to szansa na co najmniej podwójny zarobek i na lepsze traktowanie. Może
też szansa na wyrwanie się z zaklętego kręgu. Historie i marzenia
opowiadają te nieliczne, które potrafią powiedzieć więcej niż trzy słowa
po angielsku i które po moich konsekwentnych odmowach zaprzestały
ataków z użyciem waginy. Przed innymi broni mnie gruba Megdesh,
właścicielka mojej ulubionej spelunki. Przez pierwsze dwa razy
podejrzliwa, za każdym następnym razem wita mnie przy swoim kontuarze z
uśmiechem. Sadza w bezpiecznym kącie, sama podaje Georgisa i przegania
te niewiedzące, że to jest porządny farangi. Z pomocą mojego amharic
jestem w stanie jedynie zbić je z tropu – zapytać dlaczego miałbym
postawić im piwo, albo powiedzieć że wolę chłopców, co działa
skuteczniej, niż powiedzenie, że mam żonę. Megdesh jest świętym Jerzym
zabijającym smoki, uśmiechniętym dżinem z mojej butelki. Mogę więc
siedzieć w spokoju i patrzeć na świat, a potem pokołysać się do hotelu.
Tam gdzie jadę jutro, nie będzie gdzie wyjść wieczorem.
***
Georgis to St.George, a po naszemu to św. Jerzy, pogromca smoków. Dashen to Dashen, choć pewnie też coś oznacza. Ten ostatni produkowany jest w Gondarze. Wszystko to jest zaś bira, czyli oczywiście piwo.
Dla tych, co z Biblią albo innymi mitologiami zaznajomieni nie są, Sheba to kraina, której królowa wyprawiła się do króla Salomona, żeby posłuchać jego znanej na całym Wchodzie mądrości. Ten, ponieważ jego siedemset żon i trzysta nałożnic to za mało, uwiódł królową Sheby i w swej łaskawości obdarował ją synem. Etiopczycy święcie wierzą, że królowa pochodziła ze starożytnego królestwa Aksum, zalążka Etiopii, a syn Salomona Menelik zapoczątkował nieprzerwaną do drugiej połowy dwudziestego wieku dynastię cesarzy etiopskich, z których ostatnim był Haile Selassie, ulubieniec rastafarian.
Abisynia to oczywiści dawna nazwa Etiopii. Podobno Biblia używa wyrazu podobnego brzmieniem do "etiopia", ale Abisynia brzmi mi jakoś bardziej mitycznie.
Zdjęcie jest oczywiście nieostre (pozdrowienia dla DM), ale czego tu wymagać od aparatu z telefonu błądzącego w ciemnościach.

Komentarze
Prześlij komentarz