Don't Fuck With Mexicans


No to jeszcze raz o ratowaniu będzie. Tym razem nie dzieciątek bożych w szpitalu, ani nawet nie własnego tyłka, ale takich, co to nie wiadomo czy ich ratować należy. Chce się czy nie chce, czasem trzeba – zwłaszcza, że świat tutejszy pozostawiania rzeczy samym sobie wybitnie nie znosi. Na pewno zaś już nie znosi, jak się komuś zrzuci z głowy turban oraz jak się mu powie, że się mu pierdoli żonę. Zgrzytają wtedy pożółkłe zęby, rozwichrza się czarna broda, a żądny pomsty nóż wylatuje spod szalwar kamizy szybciej niż kula z pistoletu.

Niestety zbieżność osób i zdarzeń z prawdziwymi była raczej prawdopodobna niż przypadkowa. Dodawszy do tego pogłoskę, że idiotą okazał się nasz tak zwany stróż, właściciel turbanu to meksykański duchowny*, a całość działa się w naszym szpitalu, nie pozostało mi nic innego jak pelerynę wielkiego śledczego przywdziać, konia osiodłać i ruszać w drogę.

Najpierw rozmowa ze stróżem, który jak na swój młody wiek pamięcią wykazał się wybitną, bo owszem, pamiętał, że do sprzeczki doszło, ale dlaczego i co takiego w jej trakcie powiedział - przypomnieć sobie już nie potrafił. Tego, czy obraził meksykańską żonę to już zwłaszcza, więc jednym zdaniem: jestem niewinny, panie wielki śledczy. Potem rozmowa ze świadkami, którzy donieśli, że początku wydarzeń nie widzieli. Usłyszeli za to podniesione głosy, więc z ciekawości przybiegli. Zdążyli akurat na kulminację, gdy nieprzyzwoitości o rzeczonej małżonce już w powietrzu fruwały, a błysk noża jaśniejszy był od błyskawicy. Dzielnie rzucili się by mord powstrzymać. Rzuciły się również krewne Meksykanina, co zniewagą okazało się jeszcze większą, bo jak tak można, żeby kobiety prawdziwych mężczyzn rozdzielały, piękno swe i nietykalność narażając. Tak czy inaczej interwencja się udała i do mordu nie doszło. Panowie świadkowie ubłagali znieważonego, żeby egzekwowanie swojego słusznego prawa powstrzymał do czasu, aż starszyzna szacownej mojej organizacji, czyli ja, się wypowie. Chwycili go przy tym za koniec brody, co wyraz najwyższego błagalnego szacunku tu oznacza. Schwytany wyjścia więc nie miał. Wyznając swą małość muszę przyznać, że słuchając tej opowieści całkiem się ucieszyłem, że brody czarnej i krętej nie posiadam. Nikt mnie za nią nie pochwyci, mogę więc być niemiłosierny.

Przyszło mi wreszcie spotkać Znieważonego. Długo by tu opowiadać o błyskawicach w oczach i innych wyrazach tego, co by naszego mało rozważnego stróża spotkało, gdyby właściwe działania nie zostały podjęte. Odprowadziwszy gościa do wrót szpitala, bo tak się tutaj należy szacunek najwyższy okazywać, zawezwałem przed majestat swój Pozwanego. Wielce się wysilać na szczęście nie musiałem; dotarło bowiem do jego mikro-łepetyny, że żartów tu nie będzie. Poinformowałem go krótko i treściwie, że albo przyjdzie się publicznie pokajać, dłoń i stopę Znieważonego całując, albo tenże sam się nim zajmie w sposób oczywisty i jedynie dopuszczalny. Skruszony zadeklarował, że zdecydowanie wybiera opcję pierwszą, czym zdziwienia mojego nie wzbudził.

Piękna uroczystość pojednania miała miejsce dnia następnego. Przypatrywać się jej już niestety nie mogłem, bo szanowne kierownictwo moje uznało, że na razie swoje zrobiłem i że nos swój i tak już za bardzo wystawiłem. Za co ich nie winię, bo z Meksykanami to nigdy nic nie wiadomo. Najważniejsze, że się obaj panowie spotkali, poprzepraszali, poprzytulali i pocałowali. Była też potem herbata z cukierkami i ciastkami oraz wyrazy uznania, że taki to zapapraniec ze Zgniłego Zachodu, a kulturę ichnią uszanował i pogodzić się im pomógł. Były też wyrazy zdziwienia, że się na uroczystości nie pojawił, ale i zrozumienie, bo w końcu zaprawdę słusznie i sprawiedliwie wszyscy niewierni się ich obawiają. I jeszcze, że ja powodów nie mam i że na kolację w ich gościnnych progach zapraszają. O wszystkim doniósł mi mój dzielny asystent, który z ramienia mego prawie-mężnego całej uroczystości przewodził.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Na razie, bo czy trwałe to zakończenie, to jeszcze nie wiadomo. Na razie pochwałę dostałem, że działania obronne jedynie słuszne podjęte i że szybko się świata tutejszego uczę. 

O czym proszę pamiętać, gdyby ktoś mi chciał turban zrzucić albo żonę moją najlepszą obrazić.




_ _ _
* Będąc młodym szyfrantem, właściwej nazwy grupy oraz tytułu religijnego dzierżonego przez tegoż pana nie wymienię. Napomknę jedynie, że za najbezpieczniejszych na świecie to oni uznawani nie są, zaczynają się zaś na literkę występująca w alfabecie tuż przed „u” (LOL). Inspiracji do tej kryptologii dostarczył mi oglądany niedawno po raz tysięczny „Machete”, pod wpływem którego to filmu, pierwsze co miałem ochotę wspomnianemu stróżowi powiedzieć to: „You fucked with the wrong Mexican”.

Komentarze

Popularne posty