X-Country 3.0

No to znów jadę. Znów do miejsca, którego nazwy lepiej nie wymieniać, żeby się tamtejsi Apacze Indianie zbyt łatwo nie połapali. Jadę już dni siedem, choć można by doliczyć jeszcze pięć dni szkolenia tuż przed. Szkolenie było między innymi o tym, jak nie nadepnąć na minę (nadepnąłem ze trzy razy, na szczęście tylko piszczało albo oblewało wodą), jak kiss the ground i znaleźć schronienie przed różnego kalibru pociskami (rezultat starań nieznany, bo hałasowało, ale na szczęście nie latało), oraz jak dać sobie radę w życiu ze skrępowanymi rękami i workiem na głowie (osiem godzin przetrwałem, choć trzeba też powiedzieć, że ani to długo, ani napadatorzy jakoś bardzo dokuczliwi nie byli). Mówią, że wszystko to i inne w X-Country całkiem jest przydatne. Nie to, że nieuchronne, ale mówią, że strzeżonego pan bóg strzeże. Broń mnie panie boże, w którego nie wierzę.

Po szkoleniu dom jeszcze na krótką chwilę, potem lot do HQ-Country na tak zwaną odprawę. Pani psycholog pomiędzy innymi mniej lub bardziej przydatnymi spotkaniami – żebym się czuł wsparty i do zarządzania stresem własnym i innych przygotowany. Potem lot do Y-Country przez T-Country – bo Y-Country to jedyne miejsce, z którego do X-Country można się dostać. Stamtąd jeszcze tylko trzy godziny samochodem przez różne posterunki po obu stronach linii frontu, i wreszcie dotrę do mojego nowego raju.

Może dotrę. Jak dotąd jedyne w ciągu ostatnich pięciu dni dwa loty do X-Country odwołane. Przestrzeń powietrzną kontroluje Z-Country, które pod groźbą zestrzelenia postanowiło, że więcej niż dwa samoloty dziennie na moim lotnisku docelowym w X-Country lądować nie mogą. Dziś w dodatku, w pobliżu lotniska pojawili się ponoć Indianie. Choć więc Z-Country na przelot się zgodziło, to X-Country do domu nas zawróciło.
 

Jadę już dni siedem, będę jeszcze jechał przynajmniej dni trzy.

Świat bez wojen mi się śni.

Hej Indianie.


Komentarze

Popularne posty