Wojny i cholery
Trochę poważniej tym razem. Bo podczas gdy w Polandzie poziom warcholstwa tak zwanej władzy staje się nieznośny nawet na odległość, tu blisko mnie ludzi zabijają. Tak, będę lekko dramatyzował. Bo jak w ciągu sześciu tygodni poważnie rannych zostaje prawie tysiąc osób, to jest powód. Bo jak połowa z nich to ludność cywilna, wśród której jedna trzecia to dzieci, to jest powód. Bo jak prawie dwieście osób przestaje oddychać, mimo tego, że medycy dwoją się i troją, to jest powód. Ten prawie tysiąc to tylko ranni, którzy dotarli jakoś do trzech szpitali wspieranych przez moją szanowną organizację. W mieście jest jeszcze pięć innych szpitali publicznych i siedem prywatnych. Nie wiem ilu ludzi tam dotarło. Kolejne dwa tysiące? Ilu nie dotarło, bo zginęli na miejscu? To tylko sześć tygodni i tylko dwadzieścia pięć kilometrów kwadratowych jednego miasta.
Historie, jak historia kobiety, która kilka dni temu szukała swojego męża, który wyszedł rano na zakupy. Chodziła od jednej szpitalnej kostnicy do drugiej, pokazując w telefonie zdjęcie rozerwanego szrapnelami ciała. Zdjęcie znalazła tego samego popołudnia na Facebooku. Historia innej kobiety, która w obawie przed snajperami zawsze chodziła pod domami po prawej stronie ulicy, ostrzegając innych przechodniów. Ten jeden i ostatni raz, o jeden raz za dużo, przeszła na lewą stronę. Historia wioski tuż pod miastem, cichcem zaminowanej w nocy. Sześć osób w ciągu tygodnia, w tym dzieci, postawiło nogę tam gdzie nie trzeba. Wydrukowane i zalaminowane zdjęcia formatu A4 oglądałem wczoraj, przyniesione przez delegację tych, co postanowili szukać sprawiedliwości na ulicach miasta.

Do tego cholera. Średnio sto osób dziennie w oddziale chorób zakaźnych. Tylko najcięższe przypadki, innym wystarczy leczenie ambulatoryjne - do czasu, jak sądzę, bo ilość śmieci w mieście, słaba struktura sanitarna i nieuzdatniana woda prędzej czy później zrobią swoją robotę. Ogarnięcie tematu w ośmiuset tysięcznym mieście raczej łatwe nie jest. Władze się nie śpieszą, bo wojna ważniejsza. Personel medyczny nie dostaje pensji od ostatnich dziesięciu miesięcy, bo pieniądze lepiej wydać na amunicję. UNICEF i WHO trąbią po Al-Jazeerach, BBC i CNNach, jaki to dramat i jak to oni wspaniale pomagają. Podobno również w moim mieście, do którego tak naprawdę nigdy nie przyjechali, bo dla pracowników ONZ jest zbyt niebezpiecznie. Od dwóch miesięcy próbują znaleźć przez telefon lokalne organizacje, które by ich program pomocowy wdrożyły. Znaleźli nawet jedną międzynarodową. Pech chciał, że w ciągu miesiąca ukradziono tejże organizacji osiem samochodów. Z około dwudziestu działających według raportów WHO i UNICEF ośrodków leczenia cholery w mieście, tak naprawdę działają więc dwa. Tylko dlatego, że już działały.
No więc czytam sobie te wszystkie newsy z Polandii. O zdradzieckich mordach, które Wielkiego Brata zniszczyły i zamordowały. O dobrych zmianach w sądach. I o tym, jak zbawiennie ochronne dla demonstrujących jest ich podsłuchiwanie. Czytam i myślę sobie, na jakiej skali problemów umieścić tych wszystkich naszych idiotów u władzy, w porównaniu z tym co widzę tutaj, amen.
Historie, jak historia kobiety, która kilka dni temu szukała swojego męża, który wyszedł rano na zakupy. Chodziła od jednej szpitalnej kostnicy do drugiej, pokazując w telefonie zdjęcie rozerwanego szrapnelami ciała. Zdjęcie znalazła tego samego popołudnia na Facebooku. Historia innej kobiety, która w obawie przed snajperami zawsze chodziła pod domami po prawej stronie ulicy, ostrzegając innych przechodniów. Ten jeden i ostatni raz, o jeden raz za dużo, przeszła na lewą stronę. Historia wioski tuż pod miastem, cichcem zaminowanej w nocy. Sześć osób w ciągu tygodnia, w tym dzieci, postawiło nogę tam gdzie nie trzeba. Wydrukowane i zalaminowane zdjęcia formatu A4 oglądałem wczoraj, przyniesione przez delegację tych, co postanowili szukać sprawiedliwości na ulicach miasta.

Do tego cholera. Średnio sto osób dziennie w oddziale chorób zakaźnych. Tylko najcięższe przypadki, innym wystarczy leczenie ambulatoryjne - do czasu, jak sądzę, bo ilość śmieci w mieście, słaba struktura sanitarna i nieuzdatniana woda prędzej czy później zrobią swoją robotę. Ogarnięcie tematu w ośmiuset tysięcznym mieście raczej łatwe nie jest. Władze się nie śpieszą, bo wojna ważniejsza. Personel medyczny nie dostaje pensji od ostatnich dziesięciu miesięcy, bo pieniądze lepiej wydać na amunicję. UNICEF i WHO trąbią po Al-Jazeerach, BBC i CNNach, jaki to dramat i jak to oni wspaniale pomagają. Podobno również w moim mieście, do którego tak naprawdę nigdy nie przyjechali, bo dla pracowników ONZ jest zbyt niebezpiecznie. Od dwóch miesięcy próbują znaleźć przez telefon lokalne organizacje, które by ich program pomocowy wdrożyły. Znaleźli nawet jedną międzynarodową. Pech chciał, że w ciągu miesiąca ukradziono tejże organizacji osiem samochodów. Z około dwudziestu działających według raportów WHO i UNICEF ośrodków leczenia cholery w mieście, tak naprawdę działają więc dwa. Tylko dlatego, że już działały.
No więc czytam sobie te wszystkie newsy z Polandii. O zdradzieckich mordach, które Wielkiego Brata zniszczyły i zamordowały. O dobrych zmianach w sądach. I o tym, jak zbawiennie ochronne dla demonstrujących jest ich podsłuchiwanie. Czytam i myślę sobie, na jakiej skali problemów umieścić tych wszystkich naszych idiotów u władzy, w porównaniu z tym co widzę tutaj, amen.
