Ucieczka nie jedno ma imię...
Wojna zostawiła na ciele tego kraju blizny różnego rodzaju.
Nacięcia oznaczające śmierć bliskich stykają się z tymi powstałymi
podczas ucieczki. Niemal każda spotkana osoba powyżej
dwudziestego roku życia ma to doświadczenie w swoim życiorysie,
niezależnie od przynależności plemiennej. Większość lokalnych
pracowników tak mojej obecnej, jak i poprzedniej organizacji, spędziło
dzieciństwo w obozach dla uchodźców w Kenii i Etiopii. Wykształcenie
zdobyte w tych obozach tylko w jakimś stopniu wynagrodziło im to, co
działo się zanim do nich dotarli. Nawet ci, którym udało się chyba
najbardziej, Lost Boys of Sudan, niechętnie wracają myślą do
tego, co przeżywali się zanim przylecieli do miodem i mlekiem płynącej
Ameryki. „Udało się”, to nie jest właściwe słowo. Czasami, trudno tu o
właściwe słowa.
Od trudnych tematów nie ma tutaj ucieczki. Ten wywołany został przez
obchodzony kilka dni temu Światowy Dzień Uchodźcy, a właściwie przez
rozpaczliwy telefon od Marii, zaprzyjaźnionej Włoszki z UNHCR. Błaga,
żeby przyjechać, bo na sali pusto aż smutno. No to jadę na chyba szóste
spotkanie w tym tygodniu. Organizacje humanitarne bardzo lubią się
spotykać, twierdząc, że koordynują swoje działania. Może i ma to sens,
ale nie o tej porze roku w Jonglei, bo o tej porze roku działa zasada
„miało być pięknie, a wyszło jak zawsze”. Czyli: chętnie byśmy coś
zrobili, ale nie jesteśmy w stanie dojechać tam gdzie trzeba, bo jest
pora deszczowa, drogi nieprzejezdne, a UNMISS ma ograniczone możliwości,
żeby zorganizować helikopter.
Tym razem to jednak nie spotkanie koordynacyjne, a święto w
luksusowym, jak na tutejsze warunki, hotelu o dumnej nazwie Freedom.
Przyjeżdżam godzinę po planowanym rozpoczęciu. Nie przejmuję się
szczególnie i nie mylę się, bo oczywiście nic się jeszcze nie zaczęło.
Wy Europejczycy macie zegarki, my Afrykańczycy mamy czas, jak głosi
stare powiedzenie. Wszyscy czekają na His Excellency Governora stanu Jonglei, albo chociaż na His Excellency Commissionera
hrabstwa Bor. Na sali jest może trochę ponad dwadzieścia osób, w tym
czteroosobowa reprezentacja uchodźców z Pochalli, wioski na granicy z
Etiopią. Po około godzinie przyjeżdża wreszcie His Excellency Commissioner, więc można jakoś z twarzą zacząć. Mowy-przemowy i w końcu zaskoczenie. Wstaje pani Minister of Gender, Child and Social Welfare of Jonglei State
i nagle świat się zmienia. Zamiast oficjalnego nudnego wystąpienia
osobista i dość dramatyczna, ale ciepła opowieść o tym, jak Pani
Minister była uchodźczynią i jak po tułaniu się po buszu trafiła pod
skrzydła wujka Sama. Tego samego wujka Sama, którego tego dnia Pani
Minister postanowiła porzucić by przyjść na to spotkanie. Tego dnia
wszyscy ministrowie uczestniczyli bowiem w BARDZO WAŻNYM szkoleniu
zorganizowanym przez BARDZO WAŻNYCH AMERYKAŃSKICH PARTNERÓW. Wypada
oddać Pani Minister szacunek, bo bardzo ważnym partnerom z Ameryki się
nie odmawia. W końcu to dzięki nim można zatankować ministerialnego
landcruisera.
Pani Minister zaczyna nagle przemawiać w języku Anuak. Jak się
okazuje, jest z tego samego plemienia, co uchodźcy z Pochalli. Mówi o
nadziei, zachęca by się nie poddawać i ciężko pracować, uprawiać ziemię i
rodzić dzieci. Wiem, bo wszystko tłumaczy potem na angielski. Uchodźcy
kiwają głowami, młodsze kobiety płaczą. W końcu przychodzi i na nich
kolej. Poproszeni na środek sali wychodzą niepewnie. Trzy kobiety i
mężczyzna. Zaczyna ten ostatni, potem one. Cztery głosy stopione w
jeden. Bez użalania się, jacy to biedni i opuszczeni. Bez dramatycznych
opisów cierpienia, bo i co tu opowiadać. Historia taka sama jak tysiące
innych i tak samo nie do opowiedzenia. Siedmiodniowa ucieczka w 2004
roku z Etiopii przez busz do Pochalii zamknięta w dwóch zdaniach, z
krótką wzmianką o zabitych członkach rodziny. Opowieść uchodźców szybko
zmienia się w dziękczynienia, w porządku uniwersalnym dla wszystkich
tutejszych uroczystości i spotkań: dla rządu Południowego Sudanu, dla
ONZ i dla organizacji pozarządowych. Uchodźcy opowiadają z
wdzięcznością, jak dobrze zostali przyjęci przez społeczność lokalną
Pochalli. Myśleli, że uciekali by przyłączyć się do uchodźców z
Południowego Sudanu i że będą razem uciekać. Tymczasem wojna się
skończyła i już osiem lat żyją w obozie. Dziękczynienia przeważają, ale
przeplatają się z dyskretnymi prośbami o poprawę losu. O jedzenie, o
schronienie i o edukację. Lata praktyki przynoszą skutek, bo przekaz
jest wyraźny: jest dobrze, ale potrzebujemy więcej. Każda sytuacja jest
dobra, by przypomnieć o swoich potrzebach, bo a nuż worek sorgo z
nadrukiem USAID spadnie z nieba.
To ostatnie zdanie to oczywiście moja złośliwość. Nieusprawiedliwiona
i skierowana przeciw niewinnym. Prawie trzydziestoletnia obecność
organizacji pomocowych w Południowym Sudanie przyniosła wiele skutków
ubocznych, w tym przeniesienie statusu uchodźcy z krainy upośledzenia w
krainę dobrego interesu. To w sumie zjawisko powszechne i niezależne od
współrzędnych geograficznych, nie mogę jednak uciec od wrażenia, że
tutaj przybrało ono rozmiar szczególny. W zasadzie też nie dziwię się
ani trochę. Gdyby jedzenie przychodziło do mnie za darmo, pewnie tak
samo siedziałbym z założonymi rękoma i na nie czekał, a potem ze
spokojnym fatalizmem ustawiał się w kolejce do wielkiego białego namiotu
z napisem WFP. Możliwe też, że przychodziłbym z pobliskiej wioski do
innej, w której akurat odbywa się dystrybucja NFIs (non-food items) i
udawałbym uchodźcę, śmiejąc się z głupich khawaja, którzy nie
potrafią odróżnić jednej czarnej twarzy od drugiej i próbują zachować
pozory „weryfikowalności”, zbierając zamiast podpisów odciski palców.
Pozory, bo przecież nawet taki ktoś jak ja wie, że nikt tych odcisków
palców nigdy nie sprawdzi. Tak naprawdę wszyscy są zadowoleni – tak
rdzenni mieszkańcy tej ziemi jak i agendy ONZ. My mamy co jeść, a oni
mogą podawać statystyki i pokazywać, jak dobrze zostały wydane
amerykańskie i europejskie pieniądze. Cierpią tylko ci, którzy naprawdę
potrzebują pomocy.
Uchodźcy z Pochalli kończą swoją opowieść, gdy na sali pojawia się wreszcie His Excellency Governor of Jonglei State.
To postać, której trzeba by było poświęcić osobne miejsce, czego pewnie
nigdy nie zrobię w obawie przed tutejszymi służbami specjalnymi. Jak
wszyscy, wstaję i prostuję się jak należy. His Excellency
drobnym gestem potężnej dłoni pozwala zebranym usiąść i rozpoczyna swoje
przemówienie. Oczywiście i on był uchodźcą, przez wiele lat walcząc w
buszu podczas wojny. Jak się okazuje, uchodźstwo niejedno ma imię. To
proponowane przez His Excellency w powszechnie przyjętej
definicji Konwencji Genewskiej raczej się nie mieści. Uchodźczynią też
była jego żona, którą musiał wysłać do Ameryki.
Tak naprawdę His Excellency mówi wiele mądrych rzeczy,
zdradzając dużą świadomość politycznych i życiowych powikłań związanych z
uciekaniem. Ja wychwytuję te zgrzytające fragmenty. Bo, choć jak mawiał
mój Mistrz, nikt nie powiedział, że na świecie musi być sprawiedliwość,
to jakoś nie podoba mi się myśl, że jedni mogą pojechać do Ameryki
używając do tego przywilejów wynikających z władzy (His Excellency
był w czasie wojny jednym z najważniejszych dowódców powstańczej
armii), a inni muszą walczyć o życie w buszu, żeby dotrzeć z końca
świata o nazwie Gambella na drugi koniec świata o nazwie Pochalla.
Na szczęście niewygodne krzesło przeszkadza mi w snuciu tego rodzaju
refleksji. Poza tym kończy się przedpołudniowa część spotkania i na salę
wnoszone są eleganckie naczynia kateringowe z jedzeniem. To wyczekiwany
moment każdej konferencji. Strategię mam dość dobrze opanowaną.
Odczekuję oczywiście, aż swój talerz napełni gubernator, po czym bez
zwłoki ruszam do bufetu. Uściski dłoni, uśmiechy, ważne, żeby nie dać
się wyprowadzić z kolejki. Wreszcie, w lewej ręce talerz ryżu z
kurczakiem i jakimiś warzywami, bo to w końcu Freedom Hotel. W prawej
ręce łyżka, pod pachą soda. Rzeczywistość wraca w swoje
ulubione koleiny, ja wracam do codziennej bezrefleksyjności. Moja
obecność tutaj znów znajduje swoje uzasadnienie.
***
Gdyby kogoś interesował temat Lost Boys of Sudan, zachęcam do obejrzenia filmu God Grew Tired of Us. Zajawka filmu tutaj.

Komentarze
Prześlij komentarz