(Meta)fizyka owłosienia

O włosy dbałem bo w nich jest na pewno
największa tkliwość a może lotos kwiat
który nie znany mi wcale, ale wspaniały…*


Tak naprawdę to nie dbałem o włosy, gdy je miałem. Rosły sobie prawie do połowy pleców w pięknym i z rzadka mytym nieładzie. Moja najlepsza na świecie matka wierzy, że to je zgubiło. Dinka podobno wierzą zaś, że łysa czaszeczka to naturalna predyspozycja do bycia przywódcą. Łysy był przecież dr John Garang, Nieśmiertelny-Mimo-Śmierci, Niepokalanie Poczęty i wiszący na ścianach wszystkich urzędów wódz bojowników o wolność Południowego Sudanu**. Całkiem mi z tą koncepcją łysego lidera do twarzy, zwłaszcza że z zawodu bywam ostatnio dyrektorem albo koordynatorem. Tak naprawdę bardziej podobają mi się jednak własne nasze przaśne wierzenia – że mądrej głowy włos się nie ima, albo że łysy to długo i dużo może. To ostatnie to nawet lubię podtrzymywać.

Piękny ten i optymistyczny nasz przesąd uzupełniałby się świetnie z innym Dinkowym dotyczącym włosów, tym razem tych na rękach lub nogach. Wedle moich tłumaczy tutejszego świata, posiadacz takowych posądzany jest o dużą potencję seksualną***. Mogłoby to przyjemnie wyjaśniać fakt, ze znajdując się w tłumie lub chodząc po markecie, dość często czuję, jak ktoś głaszcze mnie ukradkiem po ręce. W dodatku często robią to kobiety. Podejrzliwość wobec tego słowiańsko-dinkowego wyjaśnienia budzi jednak fakt, że doświadczają tego również moi koledzy, ktorzy wcale łysi nie są i na pewno tak długo nie mogą. Co gorsza, głaszczą mnie również dzieci. Pozostaje więc chyba przyjać, że moje włosy na rękach budzą po prostu zdziwienie, bo Dinka ich tam w zasadzie nie mają. A poza tym, zbielałe na słońcu, na tle opalonej, ale wciąż białej skóry, po prostu pewnie głupio wyglądają.

Dinka mają oczywiście swój własny owłosiony kanon piękna, mi osobiście bliżej niezrozumiały. Panie Dinka strzygą się bardzo krótko lub zaplatają włosy w cieniutkie i jak najbliżej skóry upięte warkoczyki. Przeważają zapewne względy higieniczne, najfajniejsze jest jednak to, że na takie włosy można założyć perukę. Panie Dinka je uwielbiają i zmieniają je jak nasze dawne damy rękawiczki. Im brzydsza po naszemu tym dla nich ładniejsza. Im bardziej sztuczna i nienaturalnie wyglądająca tym lepsza, bo tańsza. Tak naprawdę to pewnie chciałyby mieć te droższe i ładniejsze, ale na ogół ich nie stać. Woi, stróż w mojej poprzedniej organizacji pytał się mnie kiedyś zasępiony co ma zrobić, bo jego żona zażyczyła sobie ładnie wyglądać i zażądała peruki, która kosztowała trzy czwarte jego wypłaty. Poradziłem mu zgodnie ze strategią, którą przyjmuję wobec mojej własnej luksusowej pani. – Trudno, Woi, mus to mus – i pożyczyłem mu pieniądze. Oddawał mi je w ratach przez trzy miesiące, ale wydawał się z efektu zadowolony.

Panowie Dinka strzygą się krótko, jak tylko baranek na ich głowach przekroczy centymetr grubości. Najpiękniejsze fryzury, które budzą nostalgię nawet wśród dorosłych mężczyzn, noszą jednak chłopcy z cattle campów.Wygoloną dookoła głowę zdobi stercząca na czubku na kształt cebuli kępka przystrzyżonych dokoła długich na kilka centymetrów włosów. Włosy są żółte, bo regularnie traktowane są krowim moczem. Sterczą zaś, bo oprócz naturalnej sprężystości i gęstości, razem z moczem traktowane są również popiołem lub błotem. Wedle moich strażników bardzo to jest zdrowe dla włosów i co najważniejsze, podoba się kobietom.

O swoje włosy na głowie nie dbałem, gdy je miałem. O resztki, co pozostały, dbam teraz, chociaż krowiego moczu nie używam. Co tydzień w sobotę rytualnie udaję sie do salonu fryzjerskiego. Tak naprawdę chodzi o moje prywatne wierzenie, że jak nie ma czego hodować, to lepiej sie tego całkiem pozbyć, a już na pewno lepiej nie nosić tych śmiesznych kępek włosów za uszami, jak co niektórzy. Chodzę do 1st Choice Saloon, zawsze do tego samego fryzjera. Fryzjer to może za dużo powiedziane, mimo że na ścianie wiszą plakaty z fryzurami, jakich tylko dusza zapragnie. Rzadko kto ma odwagę o ktorąś z nich poprosić. Może dlatego, że wygladają na modne w latach osiemdziesiątych. Może też dlatego, że fach ten zmonopolizowała w Bor mafia ugandyjskich operatorów maszynek elektrycznych. Mniej lub bardziej utalentowanych – a przecież nigdy nie wiadomo na kogo się trafi.

Ja swojego golibrodę znalazłem po serii prób i błędów. Teraz, co sobotę zasiadam w jego pokrzywionym krześle naprzeciw pękniętego na pół lustra. Nie muszę mówić już nic. Najpierw jest pudrowanie talkiem dla dzieci, żeby maszynka nie zapychała się od spoconych włosków. Salon jest z iron sheetu, więc dość w nim gorąco, choć wentylatory działają pełną parą. Można niby przyjść wieczorem, gdy jest chłodniej, ale wtedy, zwłaszcza w porze deszczowej, spadają na człowieka z sufitu soczyste karaluchy – a że jest się zamotanym w wątpliwie białą płachtę, to nie za bardzo można je strącać. Widząc moje zmarszczone czoło, golibroda robi to życzliwie za mnie, choć czasem, jak na mój gust, o kilka sekund za późno. Jestem jedynym muzungu w salonie, więc należy mi się lepsze traktowanie. Pozostali klienci muszą znosić robactwo ze spokojem. Po pudrowaniu zaczyna się golenie – najpierw głowy, a potem brody. Oprócz potężnego warkotu maszynki do wyboru jest bardzo głośna muzyka albo dyskutujący zapalczywie fryzjerzy. Golenie trwa jakieś pięć razy dłużej niż gdybym to robił sam i wcale nie jest dokładniejsze, ale czekam cierpliwie, bo potem jest mój ulubiony punkt programu, czyli mycie i masowanie głowy. Mój golibroda ma przyjemnie delikatne i silne palce. Dla zachowania poczucia własnej tożsamości seksualnej zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jest kobietą. Jeśli mam szczęście, myje mi także uszy. Odkąd zostały kilka lat temu rozdziewiczone przez fryzjera w Uzbekistanie, zawsze czekam na ten moment z wytęsknieniem i jestem zawiedziony, jeśli o tym zapomina. Po myciu głowy czas na gorącą wilgotną ścierkę, którą mój golibroda ściera szampon i która koi moją poharataną maszynką szyję. Tylko na chwilę, bo zaraz potem zaczyna się piekło. Dezynfekcja denaturatem i wodą kolońską typu „Brutal” prostuje mi mięśnie i pali. Na koniec jednak znów nastaje niebo. Ostatnia operacja to oliwka w sprayu i kolejny, już krótki masaż. Płacę i dopada mnie metafizyka istnienia. Radość i cierpienie. Zamknięta w czterdziestu pięciu minutach sinusoida wszechistnienia. Wychodzę nowonarodzony, a świat wyłania się z niebytu w sposób czysty i doskonały.

***

Dzisiaj nie poszedłem do fryzjera. Rozpoczelo sie wyburzanie iron sheetowych sklepikow i barow na market road. Policja, wojsko, policja UN i bog-wie-jeszcze-jakie siły porządkowe próbują opanować wkurzonych sklepikarzy. Caly market jest zamkniety. Co gorsze, mój 1st Choice Saloon jest też rozbierany.

Włosom na mojej brodzie złośliwie udało się osiagnąć swoje najgorsze, swędzące stadium. Siedzę więc i się drapię, a ulica łysieje coraz badziej.




* Opowieść bibliograficzna: Edward Stachura, Dużo ognia (znów ten wyświechtany poeta, ale nic nie poradzę, że lubię tylko jeden poemat z niewielu mi znanych i że akurat on go napisał)

** Opowieść dygresyjna: znakomity mój kolega MP opowiadał mi o kwietniu 2010 roku, gdy podtrzymywany obecnie przy życiu przez prawdziwych Polaków jedyny prawdziwy Prezydent Polski zginął w katastrofie lotniczej. Do bram jedynej prawdziwej polskiej organizacji, w której obaj pracowaliśmy w Bor, dużo ludzi przychodziło wtedy składać kondolencje. Gdy przyjechałem tu pod koniec czerwca tego samego roku, kilkakrotnie również zostałem nimi powitany. Dinka rozumieli tę tragedię, bo John Garang także zginął w katastrofie lotniczej – kilka miesięcy po podpisaniu pokoju z północnym Sudanem w 2005 roku. Większość Dinka, z którymi o tym rozmawiałem uważa, że nie była to śmierć przypadkowa. Jak się wydaje, ci najprawdziwsi z prawdziwych Polaków mogliby z chłopakami Dinka stworzyć bardzo piękną wspólnotę duchową. Kłopot pewnie w tym, że Dinka są czarni i w przeszłości nie prześladowali ich Rosjanie.

*** Opowieść metodologiczna: owi lokalni tłumacze kutlury to napowietrzna i spontaniczna grupa fokusowa w niereprezentatywnym składzie: Madit (stróż), Maniok (stróż) i Majur (doradca psychospołeczny). Wspomnianemu objaśnianiu kultury towarzyszył oczywiście sprośny rechot ze znaczącymi spojrzeniami na moje ręce i oferowanie pomocy, w przypadku gdybym chciał znaleźć żonę.





Komentarze

Popularne posty