Sztuka mimikry
Ćwiczę kung-fu in da karaluch style.
Przemykam pod ścianami. Im szybciej tym lepiej, choć krok ma być
nieprzesadny. Najlepiej nie zatrzymywać się wcale. W ogóle najlepiej to
zawsze w jakimś budynku, żeby mnie obcego jak najmniej postronnych widziało.
No i żeby nic zbłąkanego nie trafiło przypadkiem. Jak już trzeba przemykać, to nigdy
o tej samej porze, żeby Indianie rutyny dnia nie zaobserwowali, choć prawda taka, że jak będą chcieli to i tak sobie człowieka wezmą.
Za bramy szpitala to tylko samochodem. O nie, żaden już ze mnie zbawca świata, żaden jeździec na białym dumnym landcruiserze [zobacz]. Landcruiser, owszem, jest, ale ponad dwudziestoletni i umyślnie niezbyt zadbany. Owszem, ciągle rączy, bo pod maską porządnie odpicowany, na zewnątrz jednak szary, zakurzony i poobijany, żadnymi dumnymi naklejkami nie oznakowany. Jak w środku, to zawsze na tylnym siedzeniu. Drzwi zawsze zabezpieczone, żeby zbyt łatwo z niego nie wyjęli. Szyby zawsze trochę uchylone, żeby ciśnienie człowieka w środku nie uszkodziło, gdyby zbyt blisko wybuchło. Głowa lekko do wewnątrz auta odkręcona, na wypadek gdyby się przyglądali. O zatrzymywaniu się gdziekolwiek po drodze należy zapomnieć. Jakby bramy miejsca docelowego dłużej niż trzy minuty nie otwierali, należy odjechać i wrócić jak już wiadomo, że otworzą bez zwlekania. Zdjęć robić nie należy, żeby za szpiega nie wzięli...
Samochód szary i ja szary. W najlepszym wypadku brązowy, skoro już przezroczystym być się nie da. Rękaw długi, koszul luźny, spodnie nie obcisłe. Po dwóch dniach pełnego troski szeptania, lokalni koledzy z pracy nakazali mi zdjąć moją południowo-sudańską bransoletę, bo ponoć w oczy się rzuca za bardzo. Ozdoby ponoć nie przystają mężczyźnie, i co poniektórym Indianom mógłbym się przez nią nie spodobać. Głaszczę się więc bezwiednie po nadgarstku obdartym z historii pięciu lat, w ciągu których nigdy jej nie zdjąłem. Muszę przestać, bo głaskanie samego siebie po ręce mężczyźnie też pewnie nie przystoi. Być może mogę po brodzie, co rośnie, żeby moja biała gęba nieco mniej świeciła. Swędzi jak skurwysyn i trzeba uważać, żeby porannej kawy ślady na wąsach nie zostały. Święty jest miesiąc Ramadan, więc lepiej żeby nie przyłapali. Z pewnym obrzydzeniem, zarówno do sposobu jak i do przymiotnika, kawę parzę po polsku - oczywiście tylko jeśli prąd jest by wodę zagotować z rana. Kawa z kawiarki zbyt bardzo by sąsiadom na zmysły oddziaływała.
Poza tym jest dobrze. Wciąż drepczę po pokoju, bo trzeba zrobić coś dla ciała. Życie jak w baśni. Tysiąca i jednej próby wykiwania Złego.
***
Mimikra – przystosowanie ochronne występujące u zwierząt (zwłaszcza owadów), polegające na upodabnianiu się zwierząt bezbronnych do zwierząt zdolnych do obrony (…) poprzez przybranie ich kształtu, barwy, zachowania lub innych właściwości. Mimikra jest jedną z form mimetyzmu. U roślin mimikra to zjawisko upodabniania się roślin do otoczenia (…).
[źródło: Wikipedia]
Za bramy szpitala to tylko samochodem. O nie, żaden już ze mnie zbawca świata, żaden jeździec na białym dumnym landcruiserze [zobacz]. Landcruiser, owszem, jest, ale ponad dwudziestoletni i umyślnie niezbyt zadbany. Owszem, ciągle rączy, bo pod maską porządnie odpicowany, na zewnątrz jednak szary, zakurzony i poobijany, żadnymi dumnymi naklejkami nie oznakowany. Jak w środku, to zawsze na tylnym siedzeniu. Drzwi zawsze zabezpieczone, żeby zbyt łatwo z niego nie wyjęli. Szyby zawsze trochę uchylone, żeby ciśnienie człowieka w środku nie uszkodziło, gdyby zbyt blisko wybuchło. Głowa lekko do wewnątrz auta odkręcona, na wypadek gdyby się przyglądali. O zatrzymywaniu się gdziekolwiek po drodze należy zapomnieć. Jakby bramy miejsca docelowego dłużej niż trzy minuty nie otwierali, należy odjechać i wrócić jak już wiadomo, że otworzą bez zwlekania. Zdjęć robić nie należy, żeby za szpiega nie wzięli...
Samochód szary i ja szary. W najlepszym wypadku brązowy, skoro już przezroczystym być się nie da. Rękaw długi, koszul luźny, spodnie nie obcisłe. Po dwóch dniach pełnego troski szeptania, lokalni koledzy z pracy nakazali mi zdjąć moją południowo-sudańską bransoletę, bo ponoć w oczy się rzuca za bardzo. Ozdoby ponoć nie przystają mężczyźnie, i co poniektórym Indianom mógłbym się przez nią nie spodobać. Głaszczę się więc bezwiednie po nadgarstku obdartym z historii pięciu lat, w ciągu których nigdy jej nie zdjąłem. Muszę przestać, bo głaskanie samego siebie po ręce mężczyźnie też pewnie nie przystoi. Być może mogę po brodzie, co rośnie, żeby moja biała gęba nieco mniej świeciła. Swędzi jak skurwysyn i trzeba uważać, żeby porannej kawy ślady na wąsach nie zostały. Święty jest miesiąc Ramadan, więc lepiej żeby nie przyłapali. Z pewnym obrzydzeniem, zarówno do sposobu jak i do przymiotnika, kawę parzę po polsku - oczywiście tylko jeśli prąd jest by wodę zagotować z rana. Kawa z kawiarki zbyt bardzo by sąsiadom na zmysły oddziaływała.
Poza tym jest dobrze. Wciąż drepczę po pokoju, bo trzeba zrobić coś dla ciała. Życie jak w baśni. Tysiąca i jednej próby wykiwania Złego.
***
Mimikra – przystosowanie ochronne występujące u zwierząt (zwłaszcza owadów), polegające na upodabnianiu się zwierząt bezbronnych do zwierząt zdolnych do obrony (…) poprzez przybranie ich kształtu, barwy, zachowania lub innych właściwości. Mimikra jest jedną z form mimetyzmu. U roślin mimikra to zjawisko upodabniania się roślin do otoczenia (…).
[źródło: Wikipedia]


Komentarze
Prześlij komentarz