Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 14 października 2001
Zdaje się, że już nikt się nie kwapi do podjęcia wątków fizyczno-ormiańskich, więc ja też o czym innym. „To ostatnia niedziela... tarari tarartariraraaa...” Tak właśnie trzeba dzisiaj zaśpiewać. Na tę okoliczność nikt dziś nic pożytecznego nie zrobił, jak mi się wydaje. Nawet nasz wyjazd z Pauliną do Garni pożyteczny był słabo. Okazało się bowiem, że przytakiwanie pani Swiety jest życzliwie-mechaniczne i sweterka Pauliny u niej wcale nie ma, chociaż z rozmowy telefonicznej wynikało, że jest. Ale nic to. Ogólnie to nie żałujemy, bo pani Swieta miała urodziny i znowu żarełko dobre było (oj, cierp, Stanisławie...!). Prócz żarełka była jeszcze biała herbata pszeniczna, więc koszt podróży się zwrócił. Żeby na takiego strasznego drania nie wyjść to dodam jeszcze, że gdyby nam jeść nie dali, to też by się nic nie stało i też byśmy ich lubili. Wcale nie jesteśmy tacy interesowni. Niemniej, z radością i sercem otwartym przyjęliśmy 3 (słownie: trzy) butelki pszenicznej. Po jednej dla Pauliny, dla DJ i dla mnie. Jeśli dobrze zrozumiałem sytuację, to prezenty te miały nas zjednać do dość przejrzystego planu pani Swiety. Akcja nosi kryptonim „Znajdźcie męża dla Alionki!”. Przyszły mąż Alionki powinien być Polakiem i powinien zabrać Alionkę do Polski, żeby jej było lepiej. Piszę te słowa, co by pszeniczna pani Swiety nie poszła na marne: Drogi Czytelniku płci męskiej! Jeśli jesteś dobrym człowiekiem i szukasz żony, weź Alionkę. Alionka jest młoda, gospodarna i wszystkiego potrafi się nauczyć!
Z Garni wracaliśmy do Erywania autobusem, który pod względem ładowności niewiele różnił się od pociągu do Giumri. Siedzieliśmy wciśnięci między olbrzymie siaty jabłek, papryki i innych dobroci, które jechały na targ do Erywania. Mimo że do ormiańskiej życzliwości przywykliśmy już dawno, znów nas rozwaliło. Tym razem była to siedząca obok starsza pani. Na wieść o tym, że jesteśmy z Polski poczęstowała nas brzoskwiniami, a na twarzy pojawił się jej tak wielki, życzliwy uśmiech, że całą drogę siedzieliśmy jak-w-niebo-wzięci. Raz chcieliśmy nawet ustąpić miejsca dwóm starszym panom, ale zatrzymano nas siłą i nie ustąpiliśmy. Okazało się bowiem, że panowie Ci przez społeczność autobusową zostali uznani za szabrowników z Erewania, którzy wracali właśnie z siatami pełnymi łupów na bazar. No i takim ludziom miejsca ustępować po prostu nie wolno. Prosto z autobusu poszliśmy dobić do reszty naszych Szanownych Towarzyszy Niedoli przebywających w „Polonii” na spotkaniu pożegnalnym, na które to spotkanie nawet sam Pan Ambasador RP zajechał. Moje osobiste zdanie, z szacunkiem do wszystkich uczestników, jest takie, że było nudno, toteż poszliśmy sobie, znów z Pauliną, na Wernisaż, gdzie po raz kolejny daliśmy się złupić tamtejszym przekupniom. Ja zakupiłem tradycyjną, uszytą ze starego dywanu czapkę. Główną cechą charakteru tradycyjnych czapek ormiańskich jest to, że Ormianie ich nie noszą, a kupują je tylko zagraniczni turyści. Zakupiłem też koraliki, które wspólnie ochrzciliśmy miętolidełkiem, a które są super świetną sprawą do miętolenia. Paulina kupiła kasetę. Potem poszliśmy pożegnać się z wszystkimi znajomymi. A jak doszliśmy do Ashota i Róży, to Ashot i Róża zwinęli nas do siebie na kolację. Było bardzo, bardzo miło. Tym bardziej, że nie zmarnowaliśmy pszenicznej od pani Swiety. Co robili inni dzisiaj, to nie wiem. Ale my z Pauliną zrobiliśmy mniej więcej tyle (AZ).
Z Garni wracaliśmy do Erywania autobusem, który pod względem ładowności niewiele różnił się od pociągu do Giumri. Siedzieliśmy wciśnięci między olbrzymie siaty jabłek, papryki i innych dobroci, które jechały na targ do Erywania. Mimo że do ormiańskiej życzliwości przywykliśmy już dawno, znów nas rozwaliło. Tym razem była to siedząca obok starsza pani. Na wieść o tym, że jesteśmy z Polski poczęstowała nas brzoskwiniami, a na twarzy pojawił się jej tak wielki, życzliwy uśmiech, że całą drogę siedzieliśmy jak-w-niebo-wzięci. Raz chcieliśmy nawet ustąpić miejsca dwóm starszym panom, ale zatrzymano nas siłą i nie ustąpiliśmy. Okazało się bowiem, że panowie Ci przez społeczność autobusową zostali uznani za szabrowników z Erewania, którzy wracali właśnie z siatami pełnymi łupów na bazar. No i takim ludziom miejsca ustępować po prostu nie wolno. Prosto z autobusu poszliśmy dobić do reszty naszych Szanownych Towarzyszy Niedoli przebywających w „Polonii” na spotkaniu pożegnalnym, na które to spotkanie nawet sam Pan Ambasador RP zajechał. Moje osobiste zdanie, z szacunkiem do wszystkich uczestników, jest takie, że było nudno, toteż poszliśmy sobie, znów z Pauliną, na Wernisaż, gdzie po raz kolejny daliśmy się złupić tamtejszym przekupniom. Ja zakupiłem tradycyjną, uszytą ze starego dywanu czapkę. Główną cechą charakteru tradycyjnych czapek ormiańskich jest to, że Ormianie ich nie noszą, a kupują je tylko zagraniczni turyści. Zakupiłem też koraliki, które wspólnie ochrzciliśmy miętolidełkiem, a które są super świetną sprawą do miętolenia. Paulina kupiła kasetę. Potem poszliśmy pożegnać się z wszystkimi znajomymi. A jak doszliśmy do Ashota i Róży, to Ashot i Róża zwinęli nas do siebie na kolację. Było bardzo, bardzo miło. Tym bardziej, że nie zmarnowaliśmy pszenicznej od pani Swiety. Co robili inni dzisiaj, to nie wiem. Ale my z Pauliną zrobiliśmy mniej więcej tyle (AZ).

Komentarze
Prześlij komentarz