Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 12 października 2001
Ano pojechali my nad to ich słodkie morze i obaczyli (z problemami) co trzeba. Z Ashotem spotkaliśmy się o 10:40 pod stacją metra „makaron”, (zwaną tak dla kształtu budynku przypominającego makaron typu rurka o niebagatelnej średnicy 7 m, wbitego w ziemię pod kontem 45 stopni)... [Przepraszam, ale właśnie zadzwonił telefon i umówiłem się na kolejną ankietę w sobotnie popołudnie] ...Autobus ruszał o 12.00 więc mieliśmy jeszcze sporo czasu, by podjeść sobie kebaby i pseudo-kebaby (to wegetarianie). Doktore w tym czasie dostarczył pismo do pani Kharatunyan (nie mylić z Hranuszą Kharatyan) z wydziału socjologii. Tak to już z nami jest – poświęcamy się dla inszych studentów!!!
Autobus ruszył i po raz pierwszy otrzymaliśmy bilety. Niestety nasza radość okazała się być przedwczesną, bo odebrano nam je przy wysiadaniu nad jeziorem. Tylko Arielowi udało się zachować od zabrania bilet wielokrotnego użytku ze szkicem miejscowego pejzażu, autorstwa któregoś z wcześniejszych podróżnych. W każdym razie pomknęliśmy w plener napędzani siłą woli i dziesięcioma butlami gazowymi umieszczonymi na dachu naszego pojazdu z połowy lat 60-tych. Po raz pierwszy osiągnęliśmy taką prędkość: po pierwsze dlatego, że z górki, po drugie dlatego, że jechaliśmy ichniejszą „międzystanową” do Gavaru.
Za zjazdem na Sewan (miasto) opuściliśmy gościnne wnętrze i prowadzeni przez Ashota, ubranego jak prof. Baltazar Gąbka, maszerowaliśmy w stronę domków wczasowych jego przyjaciela. Wśród lasów i chaszczy rozlokowanych zostało kilka wojskowych barakowozów, które miały stanowić nasz dom na najbliższą noc. Przywitawszy się z właścicielem i jego kolegami poszliśmy na plażę, a potem razem z naszym przewodnikiem-archeologiem na ruiny twierdzy z X wieku. Stosy kamieni – tak można podsumować naszą wyprawę: fakt, że niektóre były poukładane w miarę regularnie, a wśród nich znajdowaliśmy rozkopane przez tubylców groby... Zmęczeni zeszliśmy do pobliskiej wsi, by kupić chleb i coś do picia na wieczorną kolację (panowie nałapali karasi, więc liczyliśmy na smażoną rybkę!). Tutaj oczywiście spotkaliśmy panią ekspedientkę, która była w Łodzi (ankiety nie stworzyliśmy z braku kwestionariuszy i ogólnej niemocy twórczej). Obarczeni ładunkiem piwa Kotayk zeszliśmy w wielkim chłodzie do drogi nad jeziorem. W trakcie marszu musieliśmy przedrzeć się przez stado, wracających z wypasu, owiec. W przyczepie, kontenerze, czy jak to tam zwą czekali na nas panowie, którzy ku naszemu rozczarowaniu podali rybę gotowaną (w całości), a nie smażoną. Cóż, było pycha, ale trzeba było uważać, by nie podjeść rybich oczek... Noc nadeszła szybko więc i my nie pozostaliśmy bezczynni – wtargnęliśmy do sąsiedniej przyczepy i zestawiliśmy dwa stojące w niej łóżka. Ostatecznie miało spać na nich sześć studenckich (a więc chudych) ciał. W świetle świeczki, (która była przejawem pragmatycznej zaradności nie zaś rozpasanego romantyzmu) ułożyliśmy się do „snu”: wpierw nie mogliśmy leżeć na jednym boku, potem, gdy śmiali się Szopas i Paulina to łóżka wpadały w takie drgania, że zaczynały uderzać w sąsiadującą z nimi szafę pancerną, Ariel się wiercił... koszmar nocy październikowej. No to i tyle, co chciałem Wam napisać. Oddaję kompa w inne dłonie, które pieszcząc jego klawiaturę, przekażą Wam potencjalni „czytelniacy” jeszcze niejedną naszą historię. (JG)
Napiszę to w pewnej, bardzo znanej, szanownej formie (z pozdrowieniami dla dr Bäckera): UPRZEJMIE INFORMUJĘ, że nie wierciłem się bardziej niż inni. Poza tym, jak tu się nie wiercić, jeśli się leży ściśniętym jak sardynka w puszce, a co niektórzy spokojnie polegują sobie na plecach. Ten ostatnio wymieniony fakt dostrzegłem dobrowolnie opuszczając wspólne wyro, gdy razem z Arturem udaliśmy się na karimaty. Poza tym musze jeszcze dodać, że nad ranem do wyra wróciliśmy, bo dziadowsko zimno było. Takie z nas syny marnotrawne (AZ)
Autobus ruszył i po raz pierwszy otrzymaliśmy bilety. Niestety nasza radość okazała się być przedwczesną, bo odebrano nam je przy wysiadaniu nad jeziorem. Tylko Arielowi udało się zachować od zabrania bilet wielokrotnego użytku ze szkicem miejscowego pejzażu, autorstwa któregoś z wcześniejszych podróżnych. W każdym razie pomknęliśmy w plener napędzani siłą woli i dziesięcioma butlami gazowymi umieszczonymi na dachu naszego pojazdu z połowy lat 60-tych. Po raz pierwszy osiągnęliśmy taką prędkość: po pierwsze dlatego, że z górki, po drugie dlatego, że jechaliśmy ichniejszą „międzystanową” do Gavaru.
Za zjazdem na Sewan (miasto) opuściliśmy gościnne wnętrze i prowadzeni przez Ashota, ubranego jak prof. Baltazar Gąbka, maszerowaliśmy w stronę domków wczasowych jego przyjaciela. Wśród lasów i chaszczy rozlokowanych zostało kilka wojskowych barakowozów, które miały stanowić nasz dom na najbliższą noc. Przywitawszy się z właścicielem i jego kolegami poszliśmy na plażę, a potem razem z naszym przewodnikiem-archeologiem na ruiny twierdzy z X wieku. Stosy kamieni – tak można podsumować naszą wyprawę: fakt, że niektóre były poukładane w miarę regularnie, a wśród nich znajdowaliśmy rozkopane przez tubylców groby... Zmęczeni zeszliśmy do pobliskiej wsi, by kupić chleb i coś do picia na wieczorną kolację (panowie nałapali karasi, więc liczyliśmy na smażoną rybkę!). Tutaj oczywiście spotkaliśmy panią ekspedientkę, która była w Łodzi (ankiety nie stworzyliśmy z braku kwestionariuszy i ogólnej niemocy twórczej). Obarczeni ładunkiem piwa Kotayk zeszliśmy w wielkim chłodzie do drogi nad jeziorem. W trakcie marszu musieliśmy przedrzeć się przez stado, wracających z wypasu, owiec. W przyczepie, kontenerze, czy jak to tam zwą czekali na nas panowie, którzy ku naszemu rozczarowaniu podali rybę gotowaną (w całości), a nie smażoną. Cóż, było pycha, ale trzeba było uważać, by nie podjeść rybich oczek... Noc nadeszła szybko więc i my nie pozostaliśmy bezczynni – wtargnęliśmy do sąsiedniej przyczepy i zestawiliśmy dwa stojące w niej łóżka. Ostatecznie miało spać na nich sześć studenckich (a więc chudych) ciał. W świetle świeczki, (która była przejawem pragmatycznej zaradności nie zaś rozpasanego romantyzmu) ułożyliśmy się do „snu”: wpierw nie mogliśmy leżeć na jednym boku, potem, gdy śmiali się Szopas i Paulina to łóżka wpadały w takie drgania, że zaczynały uderzać w sąsiadującą z nimi szafę pancerną, Ariel się wiercił... koszmar nocy październikowej. No to i tyle, co chciałem Wam napisać. Oddaję kompa w inne dłonie, które pieszcząc jego klawiaturę, przekażą Wam potencjalni „czytelniacy” jeszcze niejedną naszą historię. (JG)
* * *
Poza tym, to faktycznie. Popieszczę sobie jeszcze klawiaturę. Myśl mnie bowiem taka naszła i odpałętać się nie chce, że ogólnie rzecz biorąc spełniły się moje podejrzenia i bardzo mi się ten Wschód podoba. Po prostu jakoś lepiej i przyjaźniej tu niż na takim tam sobie Zachodzie. Nigdzie i nigdy nie spotkałem tak np. gościnnych i otwartych ludzi. Może będzie i tak, że gdy wyjdą z wszechobecnej biedy i ich też dopadnie wszechwładny konsumpcjonizm, to im się to wszystko odmieni (koleżeństwo socjologostwo przepraszam za tak strasznie zdroworozsądkowe prognozy). Póki co, można jeszcze tak jak wczoraj - zajść pod wieczór do jakiejś zapadłej wioski pasterskiej nad Sewanem, do ludzi, co żyją jak na nasze warunki bardzo marnie, i dostać jedzenie, spanie i ciekawość przynoszonego świata. Jedzenie i spanie według podobno polskiego - "czym chata bogata". Chata tam bardzo niebogata, ale za to z całego swego nie-bogactwa dla gościa. Ciekawość i życzliwość zaś przełamują barierę języka i ogólnej obcości. Dziś rano, po dobrej nocy, byliśmy już gośćmi całej wioski. Dzielić się trzeba było na grupki, co by do wszystkich zajść, co by się nikt nie obraził. Na przykład zabrał nas z Szopą do siebie człowiek, z którym prawie nie rozmawialiśmy. Protestować sobie mogliśmy do woli, a i tak usiąść trzeba było za stołem, zimną, a tłustą zupę wódką zapijać i jabłkiem przegryzać. Wyrwaliśmy się dopiero po dwóch i połowie szklaneczki samogonu tylko po to, co by z lekkimi zawirowaniami do kolejnego stołu się udać... I chociaż chwilowo wygląda na to, że cały mój entuzjazm dla Wschodu z możliwości łatwego zapełnienia brzucha się bierze, to jednak nadal przy nim zostanę. Żeby było poprawnie, to napiszę jeszcze, że zarówno całego Wschodu jak i Zachodu nie widziałem, ale i tak bardziej mi się tu podoba. Tyle myśl, co się odpałętać nie chce (AZ).
* * *
Drodzy czytelniacy, aby przybliżyć wam troszkę marnotę domów znad Sewanu, poczynię niniejszym mały ich opis: Nadszedł wieczór, słonko schowało się za horyzont i ciemność szybko nas okryła. Pozostając bez żadnej szansy na powrót do cywilizacji postanowiliśmy spać w najbliższej wiosce, która okazała się tylko miejscem letniego wypasu stad bydła i nie miała nawet nazwy, bo ludzie za swój dom uważali wioskę do której schodzą na zimę – Noraduz, 8 km od pastwisk. Na wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na mały las i niezmierzone wzgórza zeschłej trawy z jednej i na ogromny Sewan, ograniczony majaczącymi w oddali górami z drugiej znajdowałł się przysiółek górali-pasterzy. Mieszkało tu kilkanaście osób i dziesiątki zwierząt. Pośrodku znajdowały się dwa długie, pobielane baraki w stanie całkowitego rozpadu. Bez dachów lub przykryte kartonami, w lepszym przypadku blachą. Z dziurami w ścianach, maluteńkimi okienkami i wystającymi ponad nie blaszanymi kominami od kozaków. W środku nie ma podłóg, jest za to goła ziemia i kilka łóżek w całkowitej ciemności ustawionych, bo szkło jest luksusem, a okno bez szkła wypuszcza zbyt dużo ciepła. Bez elektryczności, jedyne światło to zapalana na kilka godzin świeczka. Pewnie jedna od kilku miesięcy. Kury skaczą po pomieszczeniu, co jakiś czas zagląda krowa, owce beczą i ocierają się zaraz za ścianą. Jakby nie było jest to luksus, bo większość ludzi nie mieszka w owych dwu barakach, ale w budach dwa metry na trzy, całkowicie zrobionych z blachy, gdzie wyposażeniem jest stół dwa łóżka i piecyk blaszany (kozak). Przy tej ilości sprzętów domowych i tak jest problem z poruszaniem się w środku. W wiosce mieszkają sami starzy ludzie. Babki w chustach i pobrudzonych sukniach noszą drewno na plecach, doją krowy, pomagają mężom. Dziadkowie w starych marynarkach i beretkach oporządzają zagrodę dbają o ule, których jest kilka w wiosce. Nie maja żadnych pieniędzy, są samowystarczalni – kilka krów, owiec, pszczół gromada potrafi ich wyżywić. Zmęczeni pracą , muszą się podpierać laskami, widać znaczące braki w uzębieniu i ogólnej higienie. Bardzo szaro i posępnie.
ALE!!!!! Ci ludzie przyjęli nas, zaoferowali gościnę, co nie kończyło się tylko na spaniu w pomieszczeniu względnie ciepłym. Podano nam zupę z warzyw, pomidory, ser i lawasz do woli, na deser winogrona. Potem kawa mielona w młynku przez panią, która słuchając nas co jakiś czas zasłuchiwała się tak bardzo, ze przestawała kręcić. Kupa śmiechu, muzyka na fujarce w wykonaniu Ariela, masa wspólnych tematów. Niezniszczalne pytania: „Jak się wam żyje”, i odpowiedzi tych ludzi: haraszo, w pariatkie i uśmiech tak szeroki, że od ucha do ucha. Rano uczta od nowa, ludzie odrywają się od swojej pracy i wciągają do domu na skromne jedzenie i wódeczkę. Odmawiamy, ale to nie skutkuje, jak mówi dziadek: jak się u mnie nie będziecie gościć to mnie Bóg pokara. Na pożegnanie pół wioski macha, wszyscy życzą sobie hadzia (szczęścia), pan dziadek przemawia: niech wasze ścieżki będą zawsze zielone i proste, będziemy was mieli w sercach, a nad waszą podróżą niech czuwa Bóg. Nad wyraz poetycko jak na pana, który całe życie przegania owce i krowy. Wspomnijcie wszystko to co napisałem wyżej - Polacy, którzy marudzicie, że jest źle!!! Lepiej być nie może (TSZ).
ALE!!!!! Ci ludzie przyjęli nas, zaoferowali gościnę, co nie kończyło się tylko na spaniu w pomieszczeniu względnie ciepłym. Podano nam zupę z warzyw, pomidory, ser i lawasz do woli, na deser winogrona. Potem kawa mielona w młynku przez panią, która słuchając nas co jakiś czas zasłuchiwała się tak bardzo, ze przestawała kręcić. Kupa śmiechu, muzyka na fujarce w wykonaniu Ariela, masa wspólnych tematów. Niezniszczalne pytania: „Jak się wam żyje”, i odpowiedzi tych ludzi: haraszo, w pariatkie i uśmiech tak szeroki, że od ucha do ucha. Rano uczta od nowa, ludzie odrywają się od swojej pracy i wciągają do domu na skromne jedzenie i wódeczkę. Odmawiamy, ale to nie skutkuje, jak mówi dziadek: jak się u mnie nie będziecie gościć to mnie Bóg pokara. Na pożegnanie pół wioski macha, wszyscy życzą sobie hadzia (szczęścia), pan dziadek przemawia: niech wasze ścieżki będą zawsze zielone i proste, będziemy was mieli w sercach, a nad waszą podróżą niech czuwa Bóg. Nad wyraz poetycko jak na pana, który całe życie przegania owce i krowy. Wspomnijcie wszystko to co napisałem wyżej - Polacy, którzy marudzicie, że jest źle!!! Lepiej być nie może (TSZ).
Z ostatniej chwili: Muszę donieść, że kiedy wszyscy klęli nad Sewanem kierowcę „ziemniakowozu” który nieźle nas ograbił (6000 dram za 20 km za 8 os. !!!) i do tego zostawił na jakiejś pustyni, daleko od cywilizacji, bez sklepów z Coca-colą, Kotaykiem i innymi niezbędnymi do życia rzeczami, ja byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi!!! Czujecie ten klimat??! – w miejscu, gdzie nas wysadził, NA DRUTACH siedziały 3 WRÓBLE SKALNE (Petronia petronia*)!!! (SB)
* * *
* Staszkonia głuptolonia!!! (autor przypisu nieznany)

Komentarze
Prześlij komentarz