Martwe pieniadze
Wysuszone tak bardzo, ze prawie rozpadające się w pyl. Wyblakłe i zakurzone tak bardzo, ze niemal niewyraźne. Martwe pieniądze martwych pacjentów.
Policzyliśmy je wspólnie z Tefarą, wyjmując z pojedynczych kopert. Czasem oznaczonych imionami zapisanymi w etiopskich prawie-hieroglifach, czasem całkiem bezimiennych. Czasem jakieś trzysta birr, równowartość niecałych pięćdziesięciu złotych, najczęściej jakieś trzydzieści sześć albo szesnaście albo nawet siedem birr. Odpowiednio: sześć, dwa z połową i nieco ponad jeden złoty. Do tego kilka rozpadających się dokumentów, telefon komórkowy bez baterii i dwa talizmany. I jeszcze trochę sudańskich funtów sprzed podziału tego kraju, z którymi nie da się już nic zrobić. Cały majątek ludzi, którzy odeszli zapomniani przez swoje rodziny. Na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech lat piętnaście osób, średnio szesnaście złotych na osobę.
Nie wiem ilu ludzi nie zostawiło nic. Policzyłem jednak groby, gdy pojechałem na cmentarz. Ponad siedemdziesiąt, z tego samego okresu. Kupki bezimiennych kamieni na wzgórzu. Mamy dla nich specjalne, własne miejsce za wioską. Miejscowy pop, jak na prawdziwego chrześcijanina przystało, odmawia im pochówku na cmentarzu przy cerkwi, bo a nuż nie byli w ogóle chrześcijanami – w kraju, w którym etiopscy chrześcijanie prawosławni to zdecydowana większość.
Nie sprawdzałem statystyk, które prowadzimy. Wystarczy mi wiedzieć, że niemal co rok przekraczamy dopuszczalny przez moją organizację wskaźnik umieralności pacjentów. Ten wskaźnik to pięć procent wszystkich osób przyjętych do naszego szpitala na peryferiach kwitnącej Etiopii. Gdy przekraczany, ściąga zwykle różnej maści konsultantów z Amsterdamu, których zadaniem jest zbadanie przyczyn, poprawa jakości opieki i tym podobne. Do Abdurafi już nie przyjeżdżają, a przynajmniej nie z tego powodu. Taka już natura chorób, które tu leczymy. Czarna febra, HIV, gruźlica, niedożywienie przytulają się do siebie i tańczą swój dance macabre. Przytulanie się to niezbyt trafiony eufemizm ko-infekcji, które zawyżają ten wskaźnik. Głównie, bo zdarzają się jeszcze na przykład ofiary granatu wrzuconego do domu niewiernej żony, albo noża podczas pijackiej kłótni o pieniądze albo braku hamulców w przepełnionym autobusie, który wyleciał z zakrętu. Do tego są także ofiary miejscowego tak zwanego ośrodka zdrowia, którego pracownicy potrafią zostawić ciężko chorych dosłownie pod drzewem, by przyprowadzić ich do nas, gdy jest już za późno.
Puenty nie będzie. Tak to nieco posępnie dojrzałem do pierwszego wpisu z Etiopii. Po ponad pięciu miesiącach życia w stałej temperaturze powyżej 40 stopni w cieniu, gdzieś pod granicą z Sudanem, tym razem północnym, w miejscu, którego nie ma na mapie google. Tak naprawdę nie jest aż tak posępnie. Ale i nie wesoło.


Komentarze
Prześlij komentarz