Kwarantanna dzień 3 (Addis Ababa, 20/06/2020)


Trzeciego dnia zmartwychwstałem trochę później niż chciałem. Wszystko przez Królową Południa, którą podglądałem w nocy trochę za długo. Aby nauka nie poszła w las, śniadanie zamawiam natychmiast, tym razem dając szansę zestawowi o nazwie continental. W ramach mojej ulubionej czynności pt. gromadzenie informacji niepotrzebnych, czytam, że continental breakfast wymyślono w hotelach angielskich w połowie XIX wieku by przypodobać się gustom gości z kontynentu, czyli  Europy. Głównie z Francji. Przy okazji tropię moje wczorajsze śniadanie i wychodzi na to, że dostałem coś w rodzaju English breakfast, choć miało być American. English czy American, jeden biały diabeł.

W sumie, to czekanie na dostarczenie jedzenia jest całkiem w porządku, bo sprzyja zdrowej rutynie. Robię ćwiczenia, dziś decydując się na rozgrzewkę z aikido. Tęsknię czasem za aikido. Uśmiecham się też wtedy myśląc o takiej jednej blond.

Śniadanie dupy nie urywa. W sensie dosłownym to nawet dobrze, zważywszy atmosferę panującą w moim pokoju po śniadaniu wczorajszym. Przesuwam biurko pod okno, żeby mieć na oku postępy na budowie i zabieram się znów do czytania. Na dzisiaj dwudziesto-dwu stronicowy raport z wizyty kolejnego doradcy z HQ (headquarters, czyli głównego biura mojego pracodawcy). Konkluzja jest, że misja w Etiopii działa całkiem OK, ale że jest silne podejrzenie o korupcję w dziale logistyki, choć ostatni audyt nic nie wykazał i dowodów nie ma. I że te dowody trzeba znaleźć. Całkiem jak u nas - jak jest podejrzenie, to dowody muszą się znaleźć.

Niepokoję się, że nie przychodzi pan lekarz, ale w końcu jest. Mówi że też zaspał i że przeprasza. Ja się cieszę, że doktor też człowiek. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale lubię jak mierzy do mnie z tego swojego termometru-pistoletu. Temperatura znów 36.0. Pytam czy słyszał, że rząd skrócił kwarantannę do siedmiu dni, ale nic nie wie.

O 14.20 pierdolnął deszcz. Wulgaryzm trzeba mi wybaczyć, bo inaczej się tego powiedzieć nie da. Patrzę szybko co robią wiewióry na rusztowaniach i jak pięknie się z nich zsuwają. Jak znam życie, to na dzisiaj mają popracowane, choć za jakieś pół godziny pewnie padać przestanie. Przestało, wiewióry nie wróciły.

Skoro oni to i ja, bo ostatecznie sobota dziś jest, a to piękny powód, żeby się nie nadwyrężać. Doczytuję tylko jakiś raport o uchodźcach w Etiopii. Około 900 tysięcy ludzi zarejestrowanych w zeszłym roku, do tego nieokreślona, ale na pewno w setkach tysięcy liczona grupa niezarejestrowanych. Połowa z Południowego Sudanu. Do tego 1,4 miliona uchodźców wewnętrznych. Jedna trzecia z powodu suszy i powodzi, pozostałe dwie trzecie z powodu konfliktów i przemocy. W zeszłym roku było lepiej, bo w poprzednim było ich prawie 3 miliony.

Wieczorem znów leci z niebios, ale już mniej intensywnie. Zaczyna się pora deszczowa i trochę mnie to martwi, bo zignorowałem, że Addis leży średnio 2500 m nad poziomem morza i że zimno będzie. Obczajam czy są sklepy online. Są, ale głównie z elektroniką. Obczajam więc czy jest głośnik, którego nie zdołałem kupić we Frankfurcie. Znajduję tylko fejka w cenie droższej niż oryginał. Ciekawe. Obczajam też czy mogę tu jednak zagłosować w wyborach i ku mojej uciesze mogę. Rejestruję się więc w 38 okręgu wyborczym (Etiopia, Somalia, Dżibuti i jeszcze jakies tam okolice). Na pierwszą turę pewnie nie dam rady, bo jeszcze kwarantanna, ale drugą powinienem ogarnąć.

Dzień znów kończę z Królową Południa. W nocy śnię, że ona tańczy dla mnie.

Komentarze

Popularne posty