Dziennik z Podrózy, Która się Dłuży / Erewań, gdzieś w nocy, 3 października 2001
Myślę sobie, ze dzisiejszy dzień nie będzie zapisany jako największy sukces naszej wyprawy. Z mojego punktu widzenia wyglądał on tak: Po porannym rytualnym pokręceniu się po mieszkaniu i zrobieniu tysiąca niepotrzebnych rzeczy zebraliśmy się jakoś w sobie i wraz z Szopem wyszliśmy w teren. Mieliśmy czasu niezbyt wiele, więc żeby robota jakoś szła postanowiliśmy się rozdzielić. On poszedł do straganiarza, a ja do sklepikarza – obaj rzecz jasna w Lechastanie jakiś czas przebywali. Szopa szczęściarz okrutny oczywiście swoją (ankietkę) zrobił, a „mój” sklepikarz sprzedawał serwis czy inny badziew i czasu już nie starczyło. Biegnąc przez miasto na spotkanie z Lilit i resztą załogi (bo oczywista, wszyscy udzielali wskazówek zupełnie nam niepotrzebnych i koniec końców nie wiedzieliśmy, w który środek zbiorowego przewozu się zainstalować) spotkaliśmy panią, o której kilka słów pisałem wczoraj - o ile pamięć mnie nie zawodzi. Nasza reakcja na panią była wiadoma. Dyskretnie więc pominę rozmowę i drogę do „małej filharmonii”. Spóźniliśmy się ledwie 13 minut, co jak na moje możliwości uważam za swój mały sukces... Rektor najwyższy społecznego czy też prywatnego uniwersytetu, do którego uczęszcza Lilit, przyjął nas jak Szkot, a nie Ormianin, tzn. o suchym pysku, częstując dwoma ulotkami. Zjednał nas tym gestem, co widać było podczas jego pogadanki o tym, jak to warto i trzeba być współczesnym Chrystusem. Mniejsza z ważnym Panem... W czasie spotkania wymiękli Paulina i Szop, a Ariel ładnie odprowadził ich do domku, co by leżeli grzecznie w łóżeczkach*. Generalnie sprawa jednak poważna, bo ponoć w Armenii grasuje wirus, co to kładzie do łóżek sporo ludzi – informacje profesor Hranuszy. Miejmy nadzieje, że nas zdrowych uda się oszczędzić – choćby po to, żeby chorym móc kanapeczkę i soczek podać...
Po spotkaniu obejrzeliśmy szkołę, która niestety trzeba uczciwie przyznać wyglądała ciut lepiej od naszego Collegium Harmonium. Po pokazaniu się w klasach, jak nie przymierzając zwierzątka w zoo, wybiegliśmy na obiad do Ashota. U niego było całkiem miło: pooglądaliśmy stare gary i żelazka, poczytaliśmy gazetę, pooglądaliśmy telewizję i zrobiliśmy jeszcze kilka innych rzeczy... I po dobrych trzech godzinach na stół wjechał obiad. Fakt, był całkiem-całkiem – jednak czekanie troszkę nas wymęczyło. Ja za dużo nie pojadłem ze względów wiadomych**, a w dodatku nie dostałem ciasta, bo w Polonii czekał już na mnie Ariel. Ankiet nie zdążyliśmy zrobić, pogadaliśmy za to chwilkę z nauczycielem Tomkiem, który moim zdaniem robi się coraz sympatyczniejszy i poszliśmy na miasto, gdzie powłóczyliśmy się po sklepach i jak na grzecznych chłopców przystało o przyzwoitej porze zjawiliśmy się w domku (ArtC).
---
* leżeli w łóżeczkach osobnych!, a do tego w malignie, bo chorzy. Tutaj słowa gratulacji dla niejakiej pani X, której jeszcze nie znam, a której „munsz” zajmował się nami jak fachowa pielęgniara. Innym zdrowym (przynajmniej na ciele) też: DZI(ę)KI WAM!!!(TSZ)
** Jak POWSZECHNIE WIADOMO, Artur nie jada mięska i to są owe „względy wiadome”. Mięska nie jada też Paulina, więc los ich bywa czasami marny.

Komentarze
Prześlij komentarz