Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 9 października 2001
Ze wspomnień Szopy: Jak byłem jeszcze głupi i młody, to miałem taką wizję, że będę jeździł po świecie i płodził dzieci z milionem tubylek. A potem napiszę do dzieciaków list, żeby zaprosić je na wspólne spotkanie. No i oni by przyjechali: czarni, w buddyjskich szatach i wszyscy inszy.... (wspomnienia w Noravank z wnętrza Szopy wygrzebane skrzętnie spisał AZ)
Z fantazji Pauliny, z grubsza streszczając: Z kumpelą stwierdziłyśmy, że jesteśmy absolutnymi hedonistkami. Chciałabym mieszkać w takim współczesnym haremie. Musiałabym tylko mieć dostęp do telewizji, jedzenia i alkoholu. I rzecz jasna do facetów (zanotował ArtC).
* * *
Z fantazji Pauliny, z grubsza streszczając: Z kumpelą stwierdziłyśmy, że jesteśmy absolutnymi hedonistkami. Chciałabym mieszkać w takim współczesnym haremie. Musiałabym tylko mieć dostęp do telewizji, jedzenia i alkoholu. I rzecz jasna do facetów (zanotował ArtC).
* * *
Mądrości doktorskie ciąg dalszy: "..daleko jak siknął” – to sformułowanie dotyczy małej odległości. Zwyczajowo mówi się „o rzut beretem”, ale doktor mówi „bezsensu” (JG)
* * *
Wczoraj, kiedy koledzy pobiegli do Cerkwi, Paulina, Szef, Ariel i ja poszliśmy wpierw do muzeum jakiegoś pana od filmu tutejszego, co mnie nie bardzo, szczerze mówiąc, się spodobało. Objawiło się to tym, że obiegłem je może w piętnaście minut i kiedy reszta wycieczki ukulturalniała się, ja oglądałem panoramę miasta z fabryką koniaku na czele. Gdy już słońce mocno mnie przyprażyło, owa reszta przyszła i poszliśmy na Wernisaż. Na tym targowisku dla mało wymagających turystów rozdzieliliśmy się i każdy pobiegł w poszukiwaniu suwenirów dla rodziny, krewnych i znajomych „królika” (ewentualnie toreb z ichniejszych dywanów dla siebie). O 14.00 byliśmy umówieni w domu, gdzie mieliśmy przygotowywać lekcje dla polonijnych dzieciaków. Paulina i Ariel zjawili się o 15.20... Każdy podbiegł w inną stronę – kserować, kupować lody dla rybionków itd.
Oczywiście na miejscu byliśmy przed wpół do piątej – dzieciaki już na nas czekały.Przed lekcją był tort i Coca-Cola (viva lasy tropikalne!),które to znikły w ekspresowym tempie w żołądkach dzieciaków (tort i Cola, nie lasy). Wpierw ćwiczyliśmy Arkę Noego i Mazurka Dąbrowskiego... Na salę z krzesłami, gdzie mieliśmy robić kolejne ćwiczenia, musieliśmy czekać godzinę, gdyż Doktor złapał Starsze Panie na ankiety, które za nic nie chciały go puścić. Później lekcja, gdzie z Jackiem jakoś nam się powiedziało o pedagogizmie i pedofilii Stacha (żart, rzecz jasna). Po lekcji smętnie, bo już koniec dnia był prawie, jakieś przeziębienie nas ogarnęło. Jeszcze powłóczyliśmy się na Plac Republiki, gdzie byliśmy umówieni ze znajomymi studentami. Studentom chciało się przyjść tak jak nam, bo przyszły ich całe trzy sztuki, z czego jedna nie-studentka... Rozmowa w kawiarni „na świeżym” nie kleiła się za bardzo, a że zrobiło się jeszcze zimniej, to z Szopą ulotniliśmy się. Po drodze znaleźliśmy sklep prawie samoobsługowy, gdzie „badawczo–kontrolnie” wypatrzyliśmy Mieszankę Wedlowską, suchary i napój Ekoland – wszystko oczywiście z jakże miłym tu napisem „Made in Poland”. I to już w zasadzie koniec był dnia. Wieczór, jak wiele innych w naszym mieszkaniu, nie odznaczał się niczym szczególnym, wiec w dzienniku go po prostu nie będzie. No, ciekawy był Szef kalamburowo przedstawiający film „Że życie ma sens” (ArtC).

Komentarze
Prześlij komentarz