Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 6 października 2001


Retrospekcji ciąg dalszy: W czwartek i piątek zwarta i gotowa ekipa bojowa w składzie Staszek, Jacek, Artur, Szopa i ja wyruszyła w tournee po dawnych stolicach Armenii. Erywań jest 17. z kolei tego dnia widzieliśmy jeszcze Dvin (metrowe pokłady glinianych skorup z ornamentami) i Khor Virap, gdzie niedawno był papież. Potem się rozdzieliliśmy, pojechaliśmy dalej na południe do Yegeghnadzor, a  Staszek sam zapuścił się w bagna nad Araksem...

Khor Virap

My tymczasem postanowiliśmy dojechać do świątyni Noravank, od Erywania odległej jakieś 100 km. Jechaliśmy i jechaliśmy marszrutką-ślimakiem, losu trochę niepewni, bo późno już było, a nasz pojazd przejeżdżał aż 9 km od naszego celu. Stanęli my w końcu na jakimś przydrożnym bazarze i okazało się, że musimy wysiadać. Lekko zdezorientowani, wysiedli my, plecaki wypakowali, a tam na dodatek jakiś Pan  Tubylec się znalazł, który nam obwieścił, że nas wszędzie zabierze i w ogóle się nami zajmie. Nieco się przestraszyliśmy, bo z pieniędzmi już było krucho, a i nie wiadomo, co to za gość i w ogóle. Przyznać trzeba jednak, że przestrach nasz szybko w zachwyt się przerodził. Pan Tubylec, z wyglądu mocno zaniedbany Janusz Józefowicz (tak twierdzi Artur), był bowiem mężem kobiety, którą w marszrutce pytaliśmy o drogę i po prostu chciał nas ugościć.  Posiedzieli my chwilę (sprostowanko: 2 godzille, JG) w jego barze, a potem wpakowali się my w pięć chłopa na motocykl marki Dniepr, co było przeżyciem pięknym. Na tyle pięknym, że poważnie rozważać zaczęliśmy zakup takiego Dniepra (jakieś $500). Potem to już był standard ormiański: kolacja i wygodne spanko. No, było też jeszcze wino miejscowej produkcji serwowane w butelkach po Sprite i Coca-Coli. Rano śniadali my, dalej wino opijali, po czym  Dnieprem do Noravank w pięciu chłopa pojechali.

Droga była przepiękna, pośród skał wielkich - kanionem, a świątynia też  piękna. Co więcej, na znającego się na wszystkim przewodnika trafiliśmy, który dużo nam poopowiadał, a było to ciekawe bardzo. Potem jeszcze trafiliśmy na tutejszego, słynnego podobno reżysera filmów dokumentalnych, pana Ormiana Ormianiniana, którego najlepszy kolega to podobno Krzysztof Zanussi, a u Wajdy sypia jak przyjeżdża do Polski. Taką szyszkę trafili my. A potem to już było pomału do Erywania. Pomału, bo jeszcze przez jaskinię prawie 2 km długą (z braku sprzętu ledwie my ją tylko napoczęli) no i pomału, bo na powrotną marszrutkę 3 godziny czekali my w barze naszego gospodarza. Ale potem, to wrócili my już ostatecznie i pilnie wysłuchali opowieści jak to Staszek Armenii przed Turkami bronił (AZ).

* * *

Jeśli chodzi o wyjazdy stolicowe to jeszcze dwie rzeczy, które warto moim skromnym zdaniem odnotować: pierwsze to Szopa wykazujący się umiejętnościami handlarza. Ariel zakupiwszy coś, co wyglądało na ketchup lub pokrewne super pasty z bakłażanów stwierdził ze nadaje się to do wielu rzeczy, ale na pewno nie do jedzenia (przynajmniej na trzeźwo). Postanowił więc pozbyć się zakupu, który go kosztował całe 300 dram. A staliśmy wówczas przy czymś, co z wielkim bólem można nazwać autostradą w stronę Karabachu i Iranu i czekaliśmy na coś, co nas do Noravank podrzuci. Na poboczu stała zaś sobie Pani z kukurydzą. I Szopa opchnął otwarty koncentrat za ćwierć jego wartości, a w zamian dostał gotowaną kukurydzę,której ledwo dał nam skubnąć...

A rzecz druga to złapany stop – jechaliśmy na przyczepie traktorowej gdzie po brzegi było winogron, którymi mogliśmy się częstować. Ach, ormiańska gościnność... (ArtC)

* * *

Retrospekcji ciąg dalszy: W sobotę, już w Erywaniu powstaliśmy „troszku” późnieji zdecydowaliśmy się zrealizować nasz szatański plan: Otóż już w Noravank postanowiliśmy sporządzić w domu  jajecznicę z 30 jaj. Nikt nie kwapił się po zakupy i dopiero ja (nomen omen facet z jajami) udałem się na tę pełną niebezpieczeństw misję. W tym czasie Szopa obrał cebulkę, a Ariel oczekiwał z gorącym sercem i patelnią na moje przybycie. Jajeczniczka wyszła pycha (smażył Ariel) – to muszą przyznać wszyscy. Tylko Paulina się nie najadła, ale u kobiet to normalne (jak ująłby to pewnie DJ Tomas). W okolicach południa byliśmy zwarci i gotowi, by udać się na spotkanie ze sztuką – wyjście do muzeum reżysera Paradżanowa. Okazało się, że gdy  przyjdziemy w niedzielę możemy liczyć na darmowy wjazd. No to co było nam czynić? Podziękowaliśmy i wycofaliśmy się z budynku (co moim zdaniem zrobiliśmy w pięknym, polskim stylu - AZ).Do godziny 14.00 poszukiwaliśmy sali koncertowej, w której odbyć się miał występ sponsorowany przez Katolikosa. Seria koncertów nosiła tytuł „Siedem grzechów”, a nasz koncercik nazywał się skromnie „Pride”, czyli „Duma”. Cóż, było całkiem spoko, dla niektórych, aż „za spoko” - w tym sensie, że spali, co uwieczniła nawet miejscowa telewizja. Zresztą darmowy koncert w okolicach południa przyciągnął zupełnie niezwykłą widownię, bo głównie  i przede wszystkim panie emerytki. oczywiście gorąco dyskutowały podczas wykonywania utworów, podśpiewywały z profesjonalnym chórem, więc było czego posłuchać. Utwory musiały być stricte religijne, bo wszyscy wstawali i żegnali się przy różnych okazjach,  a w środku tego wszystkiego, nie pasujący do nastroju, turysto-badacze z Polski. Bezpośrednio po koncercie oddaliliśmy się w nieco pomniejszonym składzie (Ariel tym razem zachorował – zaniemogło biedactwo) w stronę biura Polonii, by oddać się oglądactwu „Pana Tadeusza”. Na projekcji wideo pojawiło się siedem osób, byli też: Tomek (nauczyciel j. polskiego), pani Krystyna (poczyniła niezwykle ciekawe wprowadzenie) no i my. „Pan Tadeusz” oglądany w takich warunkach i z takimi ludźmi był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem, no ale to już są bardziej osobiste wątki, o których nie pisze się w dzienniku... Potem zagorzali kibice udali się w stronę małego stadionu na mecz Norwegia – Armenia, którego (mimo naszych oczekiwań) nie transmitowała żadna telewizja (JG).

***

Retrospekcji z innej strony ciąg dalszy: W sobotę wieczorem, razem z wiernymi kibicami ormiańskiej drużyny narodowej Arturem i Pauliną uderzyliśmy na mecz Armenia-Norwegia rozgrywany w ramach eliminacji do mistrzostw świata. Jak wiadomo to Polska będzie mistrzem świata, co pokazała zwyciężając już w grupie, w której są też owe drużyny, które poszliśmy oglądać. Bilecik to 2 dolary, czyli niejaki tysiaczek dram. Stadionik mały, ale jary, kibiców jakieś 5 tysięcy, wrzawa ormiańska na całego. Dostaliśmy jakieś lewe, niebieskie miejsca za bramka, wiec przemieściliśmy się w miejsca bardziej strategiczne, pomarańczowe z boku, naprzeciwko wieży TV. Po paru chwilach orientacji już wiedzieliśmy co i jak. Wszyscy myślą, że jesteśmy z Norwegii, ale my tak jak inni (szczególnie Arturek) wrzeszczymy: ooough, ooough Hajastan, cha cha Hajek, gwizdamy kiedy trzeba... Po pierwszych minutach dobrej gry ze strony Ormian - Norwegowie pocisnęli i zakończyli meczyk 4 do 1, z czego widownia nie bardzo była zadowolona i wyszła przed zakończeniem meczu. Tak oto zebraliśmy się na piwko, świętując przegraną Ormian (którzy – było nie było - pobili kilka tygodni temu naszych graczy, łącznie z Czarneckim, na owym malutkim boisku w Erywaniu). Życzymy Armenii więcej sukcesów w piłce nożnej, a lokalnej telewizji - żeby mogła te sukcesy transmitować (TSZ).

* * *

Pozwólcie, że opiszę Wam jeszcze nasze niedzielne wyjście do Cerkwi. Otóż po śniadanku (jaja na twardo jedzone z pogardą) wyruszyliśmy do cerkwi pw. Hovanesa (czyli po naszemu Jasia) na nabożeństwo. Trafiliśmy na jego początek... cóż ustawiliśmy się z tyłu i obserwowaliśmy liturgię... Rzecz bardzo rozwlekła i długa, ale przez jakiegoś maniaka godna opisania, tym niemniej... odstępuję kompa koledze Arturowi. On opisze naszą wyprawę do Giumri  (JG).







Komentarze

Popularne posty