Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 24 i 25 września 2001
Erewań, 24 września 2001
Niedziela - ten dzień, który trzeba święcić był dla nas okazją dla wielu ciekawych spotkań i inicjatyw. Po powstaniu uwarunkowanym przybyciem kolegi Dawida ruszyliśmy do Cerkwi 1700-lecia.
Erewań, 25 września 2001
Jest 2.40 w nocy. Zdaje się, że ktoś nie dokończył, więc dokończę: Po powstaniu uwarunkowanym przybyciem kolegi Dawida ruszyliśmy do Cerkwi 1700-lecia. Nie-Wiedzącym i Nie-Widzącym trzeba wpierw objawić, że David jest synem pana Profesora Od Mikroelektroniki Który Wynajmuje Nam Mieszkanie i że David to ogólnie bardzo miły facet. Ma 18 lat, studiuje także mikroelektronikę na trzecim roku, nie może w domu palić papierosów i rozmawiamy z nim po angielsku. Aha. Ma jeszcze wujka, który ma chyba busa, czyli marszrutkę. No i może nas jeszcze zabierze w jakieś tutejsze góry. Niestety nie chce mi się pisać o wyświęcaniu nowej cerkwi zwanej wyżej Cerkwią 1700-lecia, bo raczej nudno. Warty wzmianki jest jednak sposób, w jaki do owej cerkwi się dostaliśmy. Otóż Polak potrafi i nieproszony też wejdzie – po lekkim tłoczeniu się przed bramkami, przy których stała straszna masa policji i przy których okazało się, że należy posiadać specjalne zaproszenie – całkiem bezstresowo, spokojnie i godnie czmychnęliśmy sobie gdzieś nieopodal tych bramek w miejscu, gdzie ludzi nie było, a policja kompletnie nie reagowała. No i dobrze. Potem Pan Dr Tomasz robił karierę medialną w tutejszej najważniejszej telewizji i robiliśmy kilka innych jeszcze rzeczy. Oprócz przebywania w cerkwi, przebywaliśmy także czas jakiś w polskiej ambasadzie, a Szopa to nawet przebywał dwa razy . Prócz tego zapoznawaliśmy się z Tutejszymi Polakami. Potem zaś zapoznawaliśmy się jeszcze z Tutejszą Narodową Orkiestrą Kameralną, która odgrywała między innymi pana Tigrana Mansuriana. Z tymże to panem, sławnym ormiańskim kompozytorem zapoznaliśmy się w trakcie przerwy koncertu. Oprócz tego każdy z nas zapoznawał się z wieloma innymi rzeczami, o których jednak też nie chce mi się pisać. Najlepiej to niech więc każdy sam napisze, z kim się zapoznał.
Zwłaszcza niech nasi American Boys napiszą. Ja jeszcze napiszę skromnie, że zmontowałem dziś całkiem niezłe leczo (letcho?) i nie dałem się przy tym zrobić w trąbę super przebiegłym przekupkom ormiańskim na bazarze. To pisałem ja, Ariel.
* * *
Dodatek polonijny. Dzisiaj odwiedziliśmy organizację polonijno-polonijną o nazwie „Polonia” – jest to grupa ok. 70 osób, które twierdzą, ze kiedyś tam kiedyś mieli przodków z Polski. Wszyscy jakby nie było, wszak mówią po rosyjsku i przez innych Ormiańców za Rosjan są uważani. Szanowna organizacja zajmuje się m.in. wychowywaniem dzieci, tzn. uczeniem ich wielce trudnych pieśni patriotycznych. Wyrazy: gnuśność, zali, watra itp. uznaliśmy za zbędne w edukacji małych polonistów i rozpoczęliśmy nauczanie pieśni „Taki mały, taki duży” niejakiej Arki Noego, która (ta Arka) podobno po Wielkiej Powodzi osiadła 20 km od Erywania na wulkanie Ararat. Najlepiej w roli nauczyciela czuł się Jacek-Placek, odstając jedynie wzrostem od rebiaty. Szybko nawiązał kontakt i nauczył dzieci w 10 minut pierwszej zwrotki pieśni „Taki mały...” Było bardzo miło, poważne rozmowy przeszły w chóralne i wspólne śpiewanie, potem przeszliśmy do śpiewania tylko grupowego, bo poloniści nie dawali rady, a potem jeszcze nasz DJ chciał przejść do śpiewania solowego, ale już wszyscy wyszli... (TSZ)
* * *
American Boys. Tak się składa, że jeden z nich to ja a drugi to nasz Fun-Tomasz i wywołany do odpowiedzi składam relacje z zajścia. Po koncercie, który był całkiem–całkiem, gdyby nie dzwoniąca komórka i pociągająca nosem młoda przedstawicielka Polonii, udali my się na Plac z Krzyżem, gdzie po krótkiej naradzie została nas trójka: Gryzelda, Marian i moja skromna osoba. Jako że Gryzelda nad kontakt z siecią przedkładała ormiańską Kilikię została na placu, a myśmy ruszyli w poszukiwaniu internetowej kafei. Wróciliśmy po godzinie (w czasie tejże godziny nie działo się nic wartego zanotowania). Gryzelda oczywiście się ulotniła... A my, kręcąc się w-te i we-w-te, wpadliśmy na trzy młode Ormianki, które niestety urodą nie grzeszyły... Po kilku zdaniach padło pytanie: „Are you American Boys?” Do dziś nie wiemy czy wyglądamy na takowych czy koleżanki po prostu chciały zarobić i sprawić nam przyjemność. Ot, socjolog uczy się całe życie. (ArtC)

Komentarze
Prześlij komentarz