Dziennik z Podróży, Która się Dłuży / Erewań 30 września 2001

WYPRAWA DO GARNI I GEGHARD, PUNKT WIDZENIA NR 1.

Witaj Erywaniu i nasz drogi komputerku po 2 dniach rozłąki! Właśnie wróciliśmy z Garni i Geghard. Wszyscy się myją i rozpakowują, a ja zaczynam wspomnień kilka pisać. Od początku. Najpierw marszrutka do Garni, jest tam świątynia rzymska z I wieku (podobno jedyna świątynia pogańska w Armenii). Świątynia jak świątynia, podobna do Partenonu, z kolumnami i takimi tam. Ważny jest też dziadek, co najmniej stuletni, który z bardzo poważną miną twierdził, że jest tam ochraniarzem (zdjęcie zrobione). Potem zeszliśmy do wąwozu, który chyba kilkusetmetrową ścianą spadał wprost do strumienia. Wąwóz jak wąwóz, fajny chłodek, mili ludzie po drodze. Wieczorem docieramy do 2 domków panów pasterzo-górali. Bardzo mili, proponują nam nocleg na werandzie i kolacyjkę pierwsza-klasa, z czego oczywiście korzystamy (a szef to nawet bardzo korzysta). W nocy niesamowicie. Pierwszy raz ulewa i burza, wiało, lało, ale było ciepło. W ciemności psy szczekały, wokoło coś szeleściło i przemieszczało się, co przy opowieściach panów dziadków o okolicznych wilkach i niedźwiedziach było nader ciekawym przeżyciem. W końcu końców okazało się, że to w odwiedziny (?!) przyszedł Ormianin z siatką, ubrany jakby właśnie szedł na zakupy do supermarketu. Tyle dziadków.

Garni

Rano ruszyliśmy do Havuts Tar, tysiącletniego monastyru w ruinie. Budowla standardowa, jak dla tamtych czasów, z kamienia czerwono-brunatnego. Nasze zwiedzanie zakłócili tubylcy, którzy przybyli z kogutem i ucztą, aby świętować rodzinnie spotkanie i swoją wiarę w Chrystusa. Zaczęło się od zamordowania koguta i rysowania znaków z krwi na czołach zebranych. Potem zapalenie świeczek modlitewnych w ruinach kościoła. W końcu uczta z sera, lawasza*, kawy i tortu, mnóstwa warzyw i koguta gotowanego na ogniu.  Na imprezę niestety załapaliśmy się tylko my, tj. ja, Stachu i Placek-Jacek, bo reszta opalała swoje tłuste brzuchy pod kościołem i ogólnie była nieruchawa. Dalej wyprawa nasza ruszyła zboczami wąwozu do Geghard, spotykając po drodze zwariowaną panią, która na hasło, że my z Lechastanu (co po ichniemu znaczy ni mniej, ni więcej tylko Polska) dostała odlotu niemal narkotycznego, ponieważ była w naszych stronach długi czas i ukochała Polsze. Pani zaprosiła nas na nocleg, więc ze spokojną duszą noclegową ruszyliśmy do klasztoru, gdzie kiedyś przechowywano dzidę, co bok Jezusowy przebiła. Dotarliśmy w owe miejsce pod wieczór. Kościół położony w samym końcu wąwozu, na pół wykuty w skałę, z fantastyczną akustyką i na pół mroczną atmosferą, ze świętą wodą wypływającą ze skały i paniami przekupkami na wejściu. Był całkiem-całkiem niczego sobie, a nawet bardzo fascynujący. Wieczorem trafiliśmy w ręce pani polonofilki. Było ogromniaste wkuszanie (wielgachny szaszłyk z kury z ziemniakami – pychota), sery, lawasze, owoce i sałatki, cukierki, no i koniak 20-letni (który mi nasz harcerz-Stachu, ręką wprawną jak mało która dolewał do kielicha) plus wódka zwyczajnie niezwyczajna w której najbardziej to chyba Jacek gustował. Jeśli chodzi o poranek to nic się nie zmieniło, jedzenie i picie i uczta maksymalna, aż się w końcu wyrwaliśmy z rąk tych ludzi, którym wydawało się, ze nasze ankiety pozwolą im wrócić do Polski. I tak rozklekotanym autobusem z bomba na dachu wróciliśmy do domku. (TSZ)


---
* Lawasz to rzecz godna objaśnienia. Lawasz wygląda jak wielki naleśnik, a zrobiony jest z mąki i wody, wypiekany jest w specjalnej dziurze ogrzewanej suszonym krowim łajnem. Lawasz przez Rosjan pogardliwie nazywany bywa onucami, bo tak mniej więcej wygląda. Lawasz to podstawowy, tradycyjny rodzaj chleba, który serwowany jest do wszystkiego jadalnego. Bądź błogosławiony lawaszu, chlebie nasz powszedni!!





Komentarze

Popularne posty