Dziennik z Podróży, Która się Dłuży, Erewań 27 września 2001 (część I)
Jedno jest raczej pewne. Badania prowadzone przy piwku są bardzo przyjemne, lecz na dłuższą metę zgubne niechybnie. Na taką tu oto mądrość mi tylko siły pozostało (AZ)
* * *
Witaj dzienniku!!! To mój pierwszy kontakt z Tobą, albowiem dzikie hordy młodych naukowców w osobach Ariela, Jacka-Placka i Foto-Szopa skutecznie blokowały mi dostęp, albo zwyczajnie miałem lenia, czy tez jedno i drugie... Jednakowoż teraz chwilowo mi się chce i może nawet będę pisał regularnie – jeżeli mnie wyżej wymienieni dopuszczą.
Dzień wczorajszy, bo o nim będę pisał, przeleciał jak Staszkowy ptak. Bowiem Staszek to nasz wyprawowy ornitolog, czego dziennik jeszcze chyba nie wie... W środku nocy, czyli jakoś koło 8.00 obudziły mnie nawoływania na zbiórkę chętnych na wykład do znajomej Pani Antropolożki. Jako że ichniejszych zgrzytów słyszę wystarczająco dużo, odwróciłem się na bok i tak zastała mnie godzina 11.00. Po rytualnym pokręceniu się po mieszkaniu obudziłem Szopasa i zaopatrzywszy się w patriotyczne gadżety ruszyliśmy na spotkanie Jana Pawła II*. Po godzinnym marszu – bo niby po co iść znaną drogą? - dochodząc do miejsca sadzenia drzewa przez JPII, natknęliśmy się na, tak na oko 80-letnią pacyfistkę. Babuszka była niesamowita – urodzona w Syrii, mieszka w Kanadzie - ma niesamowity życiorys, o którym pewnie napisze Tomek, bo jak wiem, chce zrobić z nią wywiad. Poza tym poganiała z nami ostro po schodach i co drugie zdanie mówiła „I love peace”. Po wejściu na górę, jak zawsze nie od tej strony co trzeba i po przejściu kontroli stanęliśmy grzecznie z flagą i czekaliśmy. Papa minął nas w BMW oddalony o jakieś 3 metry, później bąknęliśmy coś do polskich „Wiadomości”, które oczywiście tego nie puściły i tyle...
***
Pomijając kilka godzin, z powodu zwykłego lenistwa mego, opiszę jeszcze, jak to było wieczorem pod Nową Cerkwią... Oczywiście nikt nas nie chciał wpuścić i nawet flaga Radia Maryja nie pomogła. Postaliśmy to-tu to-tam, przywabiliśmy flagą mojej babci troszkę Naszych i tak zbliżał się koniec modlitwy... Na placu boju zostaliśmy z Jackiem i Szefem i po przedarciu się przez dzikie chaszcze dotarliśmy na murek przed Świątynią. Znowu chwila stania i już byliśmy na murku... I koniec końców pstryknąłem zdjątka samochodu z odległości może pół metra. Czyli udało się. Później tłumaczenie tzw. babciom rakietom, że nie jesteśmy z Rodziny Radia Maryja i kolejne łapanie kontaktów, sesja zdjęciowa pod krzyżem na placu i wieczorny wyjazd na Bangladesz**, w celu badawczym, do wcześniej poznanej rodziny, o czym kiedy indziej, bo chyba się rozpisałem... (ArtC)
***
Ja się do tego rozpisania jeszcze dopiszę. Otóż retrospektywnie i nieco heretycko uważam, że dobrze się stało, że nas na papieża nie wpuścili. Jakby nas wpuścili, to byśmy wielu ciekawych ludzi nie poznali. Nie poznalibyśmy np. Ashota i Róży, co byłoby stratą ogromną.
Ashot to archeolog, a Róża to jego Żona. Ashot z Różą byli w Polsce i bardzo-bardzo mili z nich ludzie. Prócz tego, polska bandera ściągnęła jeszcze wiele innych osób, z którymi zrobiliśmy lub zrobimy wywiady, co z naukowego punktu widzenia jest zapewne godne, sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Ot, co uważam.(AZ)
* * *
Niech będzie, że to kiedy indziej jest właśnie teraz, choć właściwie jest już po naszej wycieczce. Całe szczęście, że dziennik jest wyrozumiały i formami retrospektywnymi nie gardzi. Zatem wieczorową porą wyruszyliśmy zaopatrzeni w ankiety i szefowe błogosławieństwo. Jechaliśmy marszrutką nr 70, co już jest ciekawym zdarzeniem, które może ktoś w przypływie fantazji zechce opisać. Po kilkunastu minutach jazdy wysiedliśmy pod nocnym klubem, gdzieśmy się umówili z „panem respondentem”. Pan ogólnie siedzi w Polsce,a w Armenii był od niedawna i bardzo się z tego cieszył – co dało się zauważyć organoleptycznie. Chwiejnym krokiem zaprosił nas do swego Merca 190 i pognaliśmy, jak to Ormianie mają w zwyczaju, na trzeciego, po ciągłych liniach i „na goły łokieć”. Rzecz jasna, pod blokiem zakup tutejszego chmielu i na górę. Tam oczywiście ichniejsze luksusy – koniak, Kilikia, winogrono i cukierki Dove (pycha). Spryciarz Ariel oczywiście uciekł do żony – tym razem nie swojej – a ja z Szopasem zostaliśmy z głową rodziny. Głowa rodziny po kilku jasnych miała tak pocieszny wyraz twarzy, że mało brakowało, a kilka razy wybuchlibyśmy gromkim śmiechem. Nic to; godzina późna zrobiła się i czas było do domu wracać. Zostaliśmy zapakowani do pojazdu, który choć nie miał bomby na dachu to przebił wszystkie, którymi mieliśmy (nie)przyjemność jechać. Przednia szyba sklejona na taśmę, siedzenia ledwo się trzymały i kierowca zaufania bynajmniej nie wzbudzający. I niczym w „Nocy na ziemi” Jarmusha, pomknęliśmy przez nocny Erywań – nie wiedząc gdzie i jak. Może tylko wspomnę, że np. stawaliśmy tak sobie, zawracaliśmy tak sobie i jeździliśmy tak sobie. No i jeszcze pasażer jadący z nami chciał zastrzelić kierowcę... Przynajmniej tak mi się wydawało... Jak to Ariel stwierdził: nie miałem jeszcze takiej schizolskiej jazdy. Tyle (ArtC).
* * *
Ja, Stanisław, który też tu jestem, ale jeszcze nic w Dzienniku nie pisałem, robiłem dziś coś innego. Wieczorkiem pojechałem do dzielnicy Abakir aby zrobić ankietę z pewną bardzo ciekawą panią, była 9 lat w Polsce, choć 20 lat temu. Przywitała mnie serdecznie, na stół wjechały naleśniki z nadzieniem wątróbkowym, itd., w kącie stoją garnki z epoki Urartu, tj. ok. 3000 lat temu, na ścianach zaś portret ormiańskiego bojownika z Karabachu. Respondentka rozmawiała chętnie, ale w obawie przed służbami bezpieki nie zgodziła się na ankietę. Jeszcze dziesięć lat temu miała u siebie w domu składy broni i punkt kontaktowy dla partyzantów, całą pensję przeznaczała na amunicję. Z goryczą mówiła o Genocydzie , zabranych przez Turków ziemiach Wielkiej Armenii, o tym, jak w niepodległej Armenii wsiadła w samochód i płakała, przejechawszy wzdłuż cały kraj w kilka godzin. Wszystko to dość mocno mną wstrząsnęło, świat za mało wie o ludobójstwie z 1915 r (SB).
---
* JPII był bowiem właśnie z wizytą w Armenii, co zresztą Tubylców specjalnie mocno nie interesowało.
** Bangladeszem Tubylcy nazywają dzielnicę Erewania. Dzielnica ta leży na peryferiach stolicy i składa się z zdewastowanych wieżowców. Bangladesz to zresztą pierwsze miejsce, jakie po przylocie do Armenii zobaczyliśmy.

Komentarze
Prześlij komentarz